Ta książka to cięty pamflet na środowisko socjety filmowej z okresu małej stabilizacji towarzysza Wiesława. Urodziwa autorka poznała je jak zły szeląg. Jako nastoletnia modelka stała się obiektem adoracji studentów Filmówki: „Tylko nieliczni byli zdolni, reszta trafiła do szkoły dzięki protekcji, a część przez pomyłkę.(…) Po czterdziestu latach (…) ich dorobek okazuje się znikomy. (…) Jest nawet taki, który nakręcił film kultowy. Widzowie przekazują go sobie z pokolenia na pokolenie, niczym pałeczkę sprinterską, a znajomi zastanawiają się jak on to robi, że tyle lat żyje z jednego filmu”. Autorka od ponad ćwierćwiecza mieszka w Paryżu, ma więc prawo nie wiedzieć, że ta ostatnia kwestia została niedawno wyjaśniona przez IPN.

Nawiasem mówiąc, pisarka przyznaje, że choć SB kilkakrotnie ją nachodziła, ofiarowując wszechstronną pomoc w zamian za informacje o środowisku, zawsze odmawiała. Nie może tego powiedzieć o mężczyznach, których – nie ukrywa – starannie kolekcjonowała. Nie tylko podczas nostalgicznie wspominanych balangowych konwentykli z alkoholem w roli wiodącej oraz surogatami narkotyków w epizodach.

Chociaż kamufluje swych bohaterów, z reguły łatwo ich rozszyfrować. „Napoleon był tym naprawdę utalentowanym, który zrobił światową karierę, a żywym pomnikiem polskiej szkoły filmowej, rozsławionym na całym świecie, jest Mistrz, który niezależnie od tego, w jakiej kondycji politycznej znajduje się nasza ojczyzna, od 1954 roku nieprzerwanie zbiera laury. Niebawem pewnie go zabalsamują i wystawią na Wawelu. (…) Nigdy go nie widziałam w towarzystwie ludzi pijących. Nie pojawiał się na żadnych nocnych hulankach, a jego partnerki opowiadały, że w łóżku wyłącznie czyta poezje”.

Zdarza się, że autorka przekracza granicę dobrego smaku. Jak w przypadku „wieloletniej konkubiny Reżysera Blondyna, gwiazdy kina, teatru i telewizji, która wychowała się w domu dziecka, miała na głowie sześć włosów, matkę alkoholiczkę i zachłanną siłę przebicia. Pruła do przodu, aż któregoś dnia naprawdę przeholowała i jej kariera szybko i smutno się zakończyła (…) Byłam pełna podziwu, że z tak pospolitą urodą miała odwagę wybrać ten zawód”. Morelle odwiedziła kiedyś Radio Wolna Europa. O niektórych pracownikach sekcji polskiej nie ma najlepszego zdania. Zwłaszcza o „dziennikarce z gazety o komunistycznym profilu, która uciekła z Polski, twierdząc, że ją prześladowali, a było akurat odwrotnie. Widywałam ją szalejącą nocą w łódzkim Klubie Aktora. Ważyła dziewięćdziesiąt kilogramów”, tudzież o „pisarzu młodego pokolenia, który w swojej książce nagle okazał się dwulicowy – napluł na zgniły Zachód, czym po powrocie do kraju zyskał aprobatę samego Gomułki. (…) Za drugim razem wylądował w Kanadzie. Skończył jako kierowca autobusu w domu starców”.

„To jedna z najbardziej pasjonujących autobiografii, jakie czytałem” – napisał Andrzej Łapicki w liście do wydawcy „Słodkiego życia”. Nie sądziłem, że były: aktor, reżyser, poseł, prezes, rektor, dyrektor – jak był się łaskaw podpisać, zapominając o posadzie lektora, ma tak krótką listę lektur.

Ewa Maria Morelle „Słodkie życie”. Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2007