Anthony Hopkins został przez członków Amerykańskiej Akademii Filmowej uhonorowany Oscarem za pierwszoplanową rolę w „Ojcu” Floriana Zellera.

Brawurowo zagrał starego człowieka popadającego w demencję, ale nie spodziewał się wygranej. Uważał, że faworytem jest w tym roku Chadwick Boseman, zmarły w sierpniu 2020 czarnoskóry aktor nominowany za rolę w „Ma Rainey: Matce bluesa". Tak samo zapewne sądzili producenci gali, którzy na koniec przesunęli wręczenie Oscara dla najlepszego aktora, by pośmiertnie, specjalnie uhonorować Bosemana. Tymczasem raz jeszcze potwierdziło, że w PriceWaterhouseCooper nie ma przecieków. Rywalizację wygrał Hopkins.

83-letni aktor nie przyjechał na rozdanie Oscarów do Los Angeles, nie zjawił się w Londynie, nie miał nawet z organizatorami kontaktu w Internecie. O Oscarze dowiedział się rano, gdy obudził się po nocy, w swoim domu w Walii.

Na Instagram wrzucił materiał video. W czarnym swetrze i czarnej, skórzanej kurtce,  na tle pięknego krajobrazu, mówi:  „Jestem w swoim domu w Walii. Mam 82 lata i nie spodziewałem się tej nagrody. Jestem wdzięczny Akademii. Chciałbym złożyć hołd Chadwickowi Bosemanowi, który odszedł od nas zbyt wcześnie. Jeszcze raz dziękuję wszystkim. Naprawdę się nie spodziewałem. Czuję się zaszczycony.

W podpisie dziękuje też Akademii, Sony Pictires Classic, Florianowi Zellerowi i innych twórcom filmu, a także swojej rodzinie.

To drugi Oscar w jego dorobku. Pierwszego dostał w 1992 roku za rolę Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”.