Serial „Moonflower Murders”, który właśnie zadebiutował na platformie Viaplay, to nie tylko zabawa formą, ale też historia o emocjach, pamięci i poczuciu winy. Kiedy zrozumiał pan, że taka wielowarstwowa konstrukcja jest tu naprawdę potrzebna?
To dla mnie absolutnie fundamentalne. Nie widzę sensu w pisaniu kryminałów, które są jedynie łamigłówkami – pozbawionymi głębi, charakteru, myśli i emocji. To nie sama zbrodnia mnie interesuje. Nie lubię przemocy, nie fascynuje mnie zabijanie. Ale morderstwo w opowieści jest najszybszym sposobem, by dotrzeć do sedna człowieka – uchwycić go w momencie granicznym, kiedy emocje są wyostrzone do maksimum, a stawka najwyższa z możliwych, bo na szali leży całe życie. Dlatego, kiedy piszę kryminał, najważniejsze nie jest dla mnie „kto zabił”. Interesuje mnie przede wszystkim świat tej historii – jej środowisko, ludzie, którzy go zamieszkują, i emocje, które popychają ich do określonych wyborów. To one ustawiają bohaterów w konkretnych pozycjach, zmuszają ich do działania i ostatecznie prowadzą do zbrodni.