Artyści i galerie zrobiły w tym roku dużo, by przekonać widzów, że sale wystawowe nie są najlepszym miejscem na pokazywanie sztuki. Zaufanie do samej formuły wystawy było podważane wyjątkowo często, choć ta sytuacja dojrzewa już od lat. Z paru powodów.
Instytucje walczą o widzów. Przypadkowych, okazjonalnych, po prostu nowych, ciekawych świata, a nie tylko najnowszych trendów artystycznych. Trudno ich zdobyć, wieszając na ścianach kolejną dawkę malarstwa czy proponując instalacje wideo.
Muzea i galerie coraz rzadziej określają się więc jako miejsca, gdzie wystawia się dzieła, odchodzą od formuły świątyni sztuki. Zamieniają się w fabryki wiedzy, rozrywki, kluby festiwalowe... Wydają książki, organizują pikniki, dyskoteki, koncerty, seanse.
Gdy w październiku stołeczne Muzeum Sztuki Nowoczesnej przenosiło się do kolejnej tymczasowej siedziby w domu towarowym Emilia, towarzyszył temu festiwal Warszawa w Budowie, dyskusja poświęcona przestrzeni miejskiej i olbrzymi pokaz reklamy zewnętrznej. Flagową imprezą Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie jest z kolei „Laboratorium Przyszłości", czyli rozpisana na wiele miesięcy dyskusja z udziałem polityków, naukowców, filozofów, ekonomistów oraz... artystów.
To był rok Artura Żmijewskiego. Najpierw każdy, kto choć trochę interesuje się sztuką, zastanawiał się, jakie wyzwanie polski twórca rzuci międzynarodowemu światu sztuki, przygotowując Biennale w Berlinie. Potem obserwowaliśmy, jak w roli kuratora przerobił tę imprezę w machinę do uprawiania polityki. Zamiast sztuki, która jego zdaniem jest „na niby", zaproponował bezpośrednie zaangażowanie. Można było oddać krew, pospierać się z aktywistami, wziąć udział w kongresie organizacji uznanych za terrorystyczne albo zasadzić drzewo.
Na koniec zostało nam obserwować, jak niemieckie gazety i publiczność zaangażowały się w krytykę projektu, co zresztą było wodą na młyn Artura Żmijewskiego. Jakby tego było mało, zakończył on rok retrospektywą filmów. Ostatecznie artysta, tak panicznie uciekający w Berlinie od artystyczności, w Warszawie skupił się na sztuce.
W galeriach to był rok klasyków. Tych klasycznych – Wojciech Fangor w Muzeum Narodowym w Krakowie, Józef Robakowski i Mirosław Bałka w CSW Warszawa, ale też nowych – Piotr Uklański w Zachęcie.
W listopadzie 2002 roku odbyły się dwie wystawy, które przeszły do historii polskiej sztuki. Uklański pokazał „Nazistów", a Maurizio Cattelan przywalonego meteorem papieża. Oburzeni i obrażeni poczuli się widzowie i politycy, co kosztowało Andę Rottenberg fotel dyrektora Zachęty. W tym roku obaj wrócili do Warszawy. Obyło się bez dymisji, powiało normalnością.