Korespondencja z Berlina

Czytaj więcej:

Jury obradujące pod przewodnictwem Meryl Streep wydało doskonały i odważny werdykt. Festiwal filmów fabularnych wygrał dokument. To znak czasu. Życie przynosi wielkie dramaty, czasem nie trzeba niczego ubarwiać, wystarczy przyjrzeć się rzeczywistości, skierować kamerę ku autentycznym ludziom.

Dramat Lampedusy

Gianfranco Rosi jest już laureatem weneckiego Złotego Lwa za dokumentalną „Rzymską aureolę", teraz w jego domu stanie również Złoty Niedźwiedź za „Fire at Sea".

– Kiedy zostałem reżyserem, nie myślałem, jakiego gatunku filmy będę robił – mówił Rosi na konferencji prasowej po berlińskiej gali. – Dziś staram się zacierać granice między fabułą i dokumentem. Najważniejsza jest prawda.

„Fire at Sea" to film o Lampedusie – liczącej zaledwie 6 tys. mieszkańców wysepce na Morzu Śródziemnym, do której brzegów od ponad 20 lat dobijają łodzie z nielegalnymi emigrantami z Afryki, Bliskiego Wschodu.

– Gdy zaczynałem zdjęcia, stałem się świadkiem zatonięcia u wybrzeży Lampedusy łodzi, na której byli ludzie z Somalii, z Erytrei. Nagle podeszła do mnie śmierć. Rozpoznawałem twarze zapamiętane z dzieciństwa – mówił reżyser, który sam urodził się w Erytrei. – Potem widziałem setki uchodźców. Pomyślałem, że muszę światu pokazać ich rozpacz i desperację. Nie możemy udawać, że tego nie widzimy. Ci ludzie uciekają z własnych krajów przed cierpieniem, torturami. Umierają na naszych oczach. Jesteśmy za ich tragedię współodpowiedzialni.

Rosi zrobił film o dwóch światach. Pokazał codzienność małej miejscowej społeczności, ale także los tych, którzy płacą 1500 euro za miejsce na górnym pokładzie łodzi, 1000 – na środkowym pokładzie i 800 – na najniższym, gdzie umiera się z duchoty, gorąca, braku tlenu.

– Nie można przywyknąć do widoku martwych dzieci, do ładowania ciał do czarnych worków – mówi jeden z bohaterów „Fire at Sea" doktor Pietro Bertolo. W sobotę na konferencji prasowej w Berlinie jego głos zabrzmiał równie dramatycznie:

– Festiwal filmowy to nie mój świat, jestem lekarzem. Zajmuję się mieszkańcami Lampedusy, ale gdy my tu siedzimy w Berlinie, do brzegów mojej wyspy przybija kolejna łódź z uchodźcami. Dzisiaj dziękuję Gianfranco i wszystkim, którzy dali mi możliwość pokazania życia na Lampedusie, opowiedzenia o wielkiej migracji.

Politycznym głosem stała się również nagrodzona Srebrnym Niedźwiedziem „Śmierć w Sarajewie" Danisa Tanovicia. W setną rocznicę zabójstwa księcia Ferdynanda i wybuchu I wojny światowej do Sarajewa zjeżdżają politycy na uroczystą sesję. Na dachu hotelu Europa trwa nagrywanie telewizyjnego programu i dyskusja o rodzącym się nacjonalizmie. A pracownicy hotelu, nieopłacani od kilku miesięcy, szykują się do strajku.

Polityczny kontekst arabskiej wiosny i wyzwalania się z pęt tradycji ma też „Hedi" Mohameda Bena Attii, uznany za najlepszy debiut festiwalu.

Kobiety z miasteczka

Wielki sukces odniósł Tomasz Wasilewski uhonorowany nagrodą za scenariusz. Jego „Zjednoczone stany miłości" to film o czterech kobietach z prowincjonalnego miasteczka na początku lat 90. Transformacja tu jeszcze nie dotarła, nadzieja też. Kobiety próbują zmienić coś w swoim życiu, ale trafiają na mur. Wasilewski zrobił film o samotności, rozpaczliwym łaknieniu miłości, rozpaczy.

– Kocham tego faceta – śmiał się, pokazując srebrnego niedźwiadka. – Ta nagroda wiele znaczy dla mnie i dla mojej ekipy. Mamy wrażenie, że zrobiliśmy coś ważnego.

A pytany o inspiracje tłumaczył: – Myślałem o moich rodzicach i wyborach, których musieli dokonywać. W 1990 roku byli mniej więcej w moim obecnym wieku. I mieli zupełnie inne możliwości niż dzisiaj ja, wolny człowiek.

Berlin chciał w „Zjednoczonych stanach miłości" dostrzec opowieść o przełomie systemowym i śladach komunizmu. Myślę, że jest to jednak przede wszystkim opowieść o kobietach i o braku miłości.

Samotność i godność

O kobiecie opowiada też uznana za najlepszą reżyserkę festiwalu Mia Hansen-Love w „Przyszłości". 50-letnia bohaterka żyje w zupełnie innych warunkach niż Polki, ale też musi stawić czoła samotności. Co jej daje nadzieję? Poczucie własnej wartości i godności.

Anna z „Komuny" Thomasa Vinterberga też nagle traci wszystko, na czym dotąd opierało się jej życie: męża zakochującego się w studentce, pracę w telewizji, pozycję w grupie przyjaciół, którzy razem zamieszkali w jednym domu i mieli być dla siebie wsparciem, a patrzą na upokorzenie Anny.

Jury słusznie nagrodziło za najlepszą kreację Trine Dyrholm, choć kandydatek do nagrody było więcej: Julia Jentsch, Isabelle Huppert, a także – moim zdaniem – zbiorowo cztery aktorki Wasilewskiego: Dorota Kolak, Magdalena Cielecka, Julia Kijowska i Marta Nieradkiewicz.

Berlinale 2016 nie wpisze się na listę najciekawszych edycji tej imprezy, ale jury świetnie wyłowiło to, co było w konkursie najciekawsze. I tylko jedna uwaga.

Nagrodę imienia Alfreda Bauera za „otwieranie nowych perspektyw" dostał Filipińczyk Lav Diaz za ośmiogodzinny film o rewolucji filipińskiej w XIX wieku „Lullaby to the Sorrowful Mystery". Jeśli takie są perspektywy kina, to będziemy musieli chodzić na seanse z rozkładanymi łóżkami.