Do incydentu doszło 7 sierpnia. W reakcji na prowadzone na drodze prace Józef M. wsiadł na ciągnik i zniszczył nową nawierzchnię asfaltową na ul. Rybackiej w gliwickiej Ostropie.

„Oczywiście, że to zrobiłem”. Rolnik wyjaśnia powody

60-latek przyznał się do czynu, ale twierdzi, że jego działanie wynikało z bezsilności. – Oczywiście, że to zrobiłem – mówi w rozmowie z "Faktem" rolnik. – To jest moja własność – dodaje mężczyzna. Podkreśla, że skierowane w 2024 r. zawiadomienie do prokuratury w sprawie naruszania jego mienia nie przyniosło skutku, a samorząd miał według niego bezprawnie przejąć jego teren.

Za zniszczenie mienia grozi mu do 5 lat więzienia, a koszty naprawy zniszczonej drogi według prokuratury szacowane są na 180 tys. zł. Mężczyzna stoi jednak przy swoim – zapowiada, że nie zapłaci za naprawę ani złotówki.

Czytaj więcej

Prokuratura uchyliła areszt rolnikowi, który zaorał nawierzchnię drogi

Spór o ziemię sięga wielu lat wstecz

Wersja rolnika różni się od stanowiska miasta. Według władz Gliwic, teren należy do gminy, a uregulowanie własności nastąpiło wiele lat temu – na wniosek samego rolnika, który miał zaoferować grunty pod poszerzenie pasa drogowego.

Józef M. kategorycznie temu zaprzecza. – Wziąłem odszkodowanie tylko za działki przy boisku na Rybackiej, a nie za tę działkę, na której 7 sierpnia wylali asfalt – mówi "Faktowi" mężczyzna. Rolnik utrzymuje, że nigdy nie sprzedał spornej działki ani nie wziął za nią pieniędzy.

– Gmina kłamie, oni mnie wywłaszczyli bezprawnie – przekonuje Józef M. – Śmieszne pieniądze oferowali, metr kwadratowy był wart wtedy 600 zł, a oni mi dawali 13 zł. Nie zgadzałem się z tym – wspomina, dodając, że sprawę kierował nawet do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który – jak twierdzi – przyznał mu rację.

Rolnik dokumentacji jednak nie pokazał. Jego obrońca, mec. Adam Szewc, wskazuje, że choć nikt nie kwestionuje zapisów w księdze wieczystej, wątpliwości budzi sam sposób, w jaki własność została pozyskana.

Mężczyzna wyszedł z aresztu. Za kratami spędził tydzień

W wyniku zniszczenia drogi Józef M. został zatrzymany. 14 sierpnia prokurator zdecydował o zamianie aresztu na dozór policyjny.

– Trzy dni na dołku byłem na policji, a później wsadzili mnie do aresztu. To był dla mnie szok – opowiada. Po opuszczeniu aresztu jego pierwszym krokiem było odzyskanie psa, który pod jego nieobecność trafił do schroniska.

Zapytany o to, co chciałby przekazać osobom, które śledzą jego historię, mówi: – Żeby w Polsce w końcu prawo było. Nic więcej.