Słynny boeing 767, którym 1 listopada zeszłego roku Tadeusz Wrona wylądował awaryjnie bez podwozia na lotnisku Okęcie w Warszawie z 231 osobami na pokładzie, wciąż stoi przed hangarem. Choć prezes PLL LOT Marcin Piróg mówił wtedy, że za około trzy miesiące powinien wrócić do eksploatacji, z odrzutowcem, jednym z pięciu we flocie LOT, nic się nie dzieje.

– Byłoby mi przykro, gdyby samolot nie wrócił do latania – mówi "Rz" kpt. Wrona. – Za ewentualną naprawę zapłaciłby ubezpieczyciel.

– Dostaliśmy od producenta ofertę naprawy – przyznaje rzecznik LOT Leszek Chorzewski. – Ale ewentualny powrót do służby zależy od tego, czy będzie to opłacalne. Trwają rozmowy z firmą leasingową i ubezpieczycielem.

Właścicielem samolotu jest amerykańska firma Air Castle, ubezpieczycielem (jak całej floty LOT) Lufthansa Group, a jej przedstawicielem w Polsce Warta. – Nie możemy udzielać żadnych informacji w tej sprawie – mówi Marcin Jaworski, rzecznik Warty.

– Szacunkowo naprawa ma kosztować 30 mln dolarów. To nieopłacalne w sytuacji, gdy mają się zacząć dostawy boeingów 787 Dreamliner – mówi nasz informator z PLL LOT. LOT zamówił ich osiem. Trzech pierwszych spodziewa się jesienią. Dostawa wszystkich ma się zakończyć w 2015 r. – Z wizerunkowego punktu widzenia też lepiej nie wozić pasażerów samolotem, który lądował bez podwozia.

Według naszych informacji LOT przygotowuje się do wystawienia na sprzedaż uszkodzonej maszyny.