- Trafił tam w niedzielę wieczorem – mówi Marta Sulowska, z komendy na warszawskiej Pradze Północ. Dodaje,  że wszystko wskazuje na to, że socjolog „brał udział w zdarzeniu drogowym"  - Potwierdzamy to – mówi policjantka.

Wszystko wskazuje na to, że prof. Domański został po prostu potrącony przez samochód, chociaż jak ustaliła "Rz" z obrażeń wynika, że socjologa mógł potrącić mniejszy pojazd motor czy skuter. Samego zdarzenia prof. Domański nie pamięta.

Policja nie chce podać w jakim jest stanie, ani nawet w którym szpitalu leży. Z naszych ustaleń wynika, że socjolog trafił do Szpitala Bródnowskiego w niedzielny wieczór, niedługo po zaginięciu. Wyszedł z domu pobiegać, a nie zabrał ze sobą ani dokumentów, ani telefonu.

Wiemy też już, że prof. Domański jest w dobrym stanie i nie ma zagrożenia jego życia. Socjolog  nie chce, by placówka informowała media o stanie jego zdrowia.

Jak dowiedzieliśmy się w szpitalu placówka jeszcze w niedzielę poinformowała policję o pacjencie NN, który tam trafił. Nikt w szpitalu w ofierze wypadku nie rozpoznał znanego profesora. - To standardowe procedury - usłyszeliśmy w szpitalu.

Dlaczego więc dziś po nocnym zgłoszeniu od rodziny socjologa na jego poszukiwania wysłano grupę 30 policjantów oraz śmigłowiec? Czy nie mogli oni skojarzyć poszukiwanego z pacjentem szpitala?

- Jeszcze w nocy kiedy przyjęliśmy zgłoszenie dyżurny dzwonił do szpitala i usłyszał tam, że nie ma pacjenta o nazwisku poszukiwanego profesora. Nie było też takiej ofiary wypadku - mówi Marta Sulowska.

 

.