W jej skład wchodziło siedem osób w wieku 20-52 lata. Wśród nich ojciec i syn, kuzyni. – Część z ich była zatrudniona w firmie, która zajmowała się przewozem drobiu – opowiada Bożena Bujakiewicz z policji w Ostródzie.

Szajka działała od ponad roku. – Po odebraniu drobiu z kurników i zapakowaniu ich do samochodu kierowcy o określonej godzinie podjeżdżali w umówione miejsca, gdzie rozładowywano część transportu. Wcześniej z przyczep ściągano plomby – mówi policjantka.

Skradzione indyki były ładowane na specjalne przyczepki i wożone do domów złodziei. Drób potem zabijano, ćwiartowano i sprzedawano indywidualnym odbiorcom. – Część ptaków złodzieje przerabiali na kiełbasy, którymi potem handlowano na bazarach całego województwa – dodaje Bożena Bujakiewicz.

Firma szybko odkryła, że giną jej indyki. Wynajęła też firmę detektywistyczną oraz powiadomiła policję o kradzieżach. Funkcjonariusze ustalili, że indyki znikały z transportu, na drodze od odbiorcy do firmy.

– Urządziliśmy zasadzkę. Śledziliśmy transport indyków i tak złapaliśmy złodziei – mówi policjantka. I zdradza kulisy zatrzymania: -  Wszystko trwało najwyżej dwie minuty. Podczas ostatniej kradzieży otoczyliśmy podejrzanych ze wszystkich stron, byli kompletnie zaskoczeni.

Na miejscu zatrzymano pięciu członków szajki, a później kolejnych dwóch. Jednego z nich podczas zabijania indyka. U mężczyzny zabezpieczono też dwa motocykle, pochodzące z kradzieży na terenie Holandii.

Szajka przez ponad rok działalności - jak szacuje poszkodowana firma – ukradła aż 5 tys. sztuk indyków o łącznej wartości 720 tys. zł.

Członkowie grupy już usłyszeli zarzuty kradzieży z włamaniem. – Przyznali się do winy – mówi Bożena Bujakiewicz. Dlaczego kradli? – Dla zysku – odpowiada policjantka. Amatorom indyków grozi teraz kara nawet do 10 lat więzienia.