Nikt nie wie, dokąd nas ta rewolucja zaprowadzi. Wiemy jednak, że i Polska, i cała Europa są tu biernym widzem.
To nie znaczy, że Polacy nie rozumieją internetu. Wręcz przeciwnie, zakładają start-upy i wymyślają nowe cyfrowe technologie, tyle że jadą wprowadzać je w życie w Krzemowej Dolinie czy Nowym Jorku. Nie zyskuje na tym Polska, nie zyskuje Europa.
Komisja Europejska ma więc rację, że próbuje wypchnąć Europę na czoło tej rewolucji. Nasze życie staje się coraz bardziej cyfrowe, a internet rzeczy czy e-handel raz na zawsze zmienią nasz świat. Tych trendów nie powstrzyma nikt. Europa jednak od lat niewiele w tych sprawach proponuje. To Google rządzi na Starym Kontynencie, to Microsoft wciąż jest potęgą, to Apple widać w naszych domach. Jedna Nokia wiosny nie czyni, na dodatek i ona jest w opałach.
Europa nie potrafi pobudzić wizjonerów do myślenia, nie umie ich zachęcić do ryzyka. O tym, dokąd zmierza nasz świat, dowiadujemy się, śledząc doniesienia z San Francisco i Szanghaju.
Nie możemy osiąść na laurach i pocieszać się wspaniałą historią oraz wyblakłą chwałą. Europa musi pokazać, że jest innowacyjna, że następny Mark Zuckerberg pochodzi z Tallina, Mediolanu, a może z Rzeszowa. Inaczej Europa skaże się na bycie ekskluzywnym domem spokojnej starości. Dlatego program Komisji Europejskiej o wspólnym rynku cyfrowym idzie w dobrą stronę. Nie wiem, czy eurobiurokracja jest w stanie nauczyć nas innowacyjnego myślenia i stworzyć choćby kolejny YouTube, ale nie widzę nikogo innego na Starym Kontynencie, kto mógłby choć spróbować tego dokonać.
Sukces planu Brukseli będzie sukcesem europejskich konsumentów, ale przede wszystkim da Europie szansę na powrót do czołówki cyfrowego peletonu. W przeciwnym razie niedługo będziemy się uczyć nazw komputerowych komend po chińsku.