Mianowicie na trzeciej stronie „Fakt" stawia wprost pytanie: „Komu zależało na jego śmierci?". Gazeta sugeruje, że Kulczyk mógł zginąć, bo odkrył zleceniodawcę nagrań u Sowy i w Amber Room. Zdaniem „Faktu" trop nagrań wiedzie do Moskwy, więc miliarder mógł zostać zabity przez sowiecki wywiad GRU.
Inne hipotezy brzmią nie mniej sensacyjnie. Zdaniem gazety, śmierć Kulczyka mogła być też zemstą słynnego szpiega Władimira Ałganowa, z którym miliarder spotkał się w 2003 roku, o czym poinformował wówczas służby. Mógł też „zapłacić za swoją skuteczność z biznesie" lub zostać zabity przez giełdowych spekulantów, chcących zarobić na spadkach jego akcji.
Szkoda tylko, że „Fakt" nie sugeruje, iż za śmiercią Kulczyka stoi pijany borsuk z Rewala, który niedawno wypił duszkiem skradzionych siedem piw, stając się bohaterem prasy brukowej. Byłoby to doskonałą wisienką na torcie tej ponurej wyliczanki. Nasza kultura wymaga wszak, by przynajmniej w pierwszych dniach po śmierci uszanować żałobę rodziny. Znajomości tej kultury trudno wymagać jednak od tabloidu.
Inne gazety o śmierci miliardera piszą w bardziej stonowany sposób. „Sięgał, gdzie wzrok nie sięga" – brzmi tytuł na okładce „Pulsu Biznesu", nad którym graficy umieścili kokardę z czarnej wstążki. Gazeta przypomina jeden z najsłynniejszych cytatów z Jana Kulczyka: „Ja nie umiem liczyć, gdybym umiał, to byłbym księgową w Hucie Lenina. Ale znam i pracuję z takimi, co umieją liczyć lepiej od księgowej".
„Gazeta Wyborcza" przypomina życiorys Kulczyka, akcentując, że przez większość życia był związany z Poznaniem. „Rzeczpospolita" zauważa, że był też największym mecenasem wśród przedsiębiorców wspierających polską sztukę. Współfinansował m.in. spektakle Teatru Wielkiego-Opery Narodowej i przekazał kilkanaście milionów złotych na odnowienie skarbca na Jasnej Górze.