Jeśli Azerbejdżan zechce rozwiązać ten problem na polu walki, będziemy go wspierać wszystkimi możliwymi środkami. Zrobimy wszystko, co konieczne, jeśli Azerbejdżan zażąda. Turcja i Azerbejdżan to dwa państwa, ale jeden naród, oświadczył w środę rządowej agencji Anadolu szef tureckiej dyplomacji.

Odnosząc się do opinii kandydata na prezydenta USA Joe Bidena i prezydenta Francji Emmanuela Macrona wzywających Ankarę do nieangażowania się w konflikt, minister odpowiedział jasno: Zamiast mówić „Turcja powinna się wycofać", powinni powiedzieć „Armenia powinna się wycofać z okupowanych ziem".

Te słowa nie pozostawiają wątpliwości co do aktywnej roli, jaką zamierza odegrać Turcja w konflikcie na Kaukazie. Jest w gruncie rzeczy uzupełnieniem doktryny prezydenta Erdogana mającej na celu umocnienie pozycji jego kraju jako mocarstwa regionalnego. Świadczy o tym zaangażowanie Turcji na Bliskim Wschodzie, Afryce Północnej i wschodnich regionach Morza Śródziemnego. Doktryna Erdogana wpisuje się także doskonale w strategię prezydenta dążącego do uzyskania pozycji obrońcy islamu na świecie, o czym pisał niedawno „The Economist". W końcu wojna o Górski Karabach jest także konfrontacją chrześcijańskiej Armenii z muzułmańskim Azerbejdżanem. Do tego dochodzi sprawa rzezi Ormian przez armię turecką przed ponad wiekiem, co do dzisiaj komplikuje niezmiernie wzajemne relacje obu krajów.

Jakie jest faktyczne zaangażowanie Turcji w konflikt, do końca nie wiadomo. Już latem tego roku, wkrótce po wybuchu pierwszych starć na linii granicznej, Turcja wysłała 11 tys. żołnierzy do Azerbejdżanu na wspólne ćwiczenia. Według niepotwierdzonych informacji jedna z tureckich firm ochroniarskich rekrutuje najemników w Syrii, którzy mieliby zostać przetransportowani do Azerbejdżanu. Armenia oskarża także Ankarę o zestrzelenie przez F-16 jej samolotu Su -25, co miałoby być dowodem bezpośredniego uczestnictwa Turcji w wojnie. Zarówno Baku, jak i Ankara zaprzeczają.

Oba kraje łączą nie tylko więzi etniczne i językowe, ale także silne powiązania gospodarcze jak np. ropociąg Baku–Tbilisi–Ceyhan czy rurociąg TANAP transportujący gaz z Baku przez Anatolię docelowo także do Europy.

W obliczu narastającego konfliktu na Kaukazie prezydent Erdogan zrobił krok wstecz w konfrontacji z Grecją, grożącą wybuchem zbrojnego starcia na Morzu Śródziemnym. Turecki statek poszukujący złóż gazu wycofał się z wód leżących w greckiej strefie ekonomicznej. Obie strony zamierzają rozpocząć rozmowy w Stambule na temat dostępu do węglowodorów na interesujących Turcję obszarach. Ankara ustąpiła w sytuacji, gdy UE okazała właściwie bezgraniczną solidarność Grecji. Po jej stronie stanęła także administracja waszyngtońska. Pojawiły się nawet informacje, że USA zrezygnują z bazy lotniczej w tureckim Incilrik i przeniosą się do Grecji i na Cypr. Byłby to wielki cios dla Erdogana. W obecnej sytuacji międzynarodowej wzmacnia ona negatywne skutki spadku aktywności gospodarczej w czasie epidemii koronawirusa. Kurs liry obniżył się we wtorek przejściowo do rekordowego poziomu 9,1 liry za dolara.