27 czerwca amerykańskie siły powietrzne przeprowadziły na granicy Syrii i Iraku naloty na obiekty wspieranej przez Iran milicji, zabijąjąc czterech członków bojówek. Miała to być odpowiedź na przeprowadzane za pomocą dronów ataki na amerykański personel i obiekty w Iraku.

Siły Mobilizacji Ludowej (sojusz milicji formalnie podporządkowany władzom Iraku) oświadczyły, że zabici wykonywali misję w celu zapobieżenia infiltracji przez członków tzw. Państwa Islamskiego oraz że w zbombardowanych magazynach nie było broni.

Dzień po ataku amerykańskie siły we wschodniej Syrii zostały ostrzelane, nie było ofiar. Stany Zjednoczone oskarżyły o atak wspierane przez Iran milicje.

W przeprowadzonej w Bagdadzie rozmowie z agencją AP Abu Alaa al-Walae, dowódca milicji Kataib Sayyid al-Shuhada zapowiedział odwet za naloty.

- Chcemy operacji odpowiedniej dla tych męczenników, nawet jeśli trzeba będzie poczekać. Czas nie jest ważny - stwierdził, odnosząc się do czterech zabitych członków brygad.

- Chcemy, by była to operacja, w której wszyscy powiedzą, że zemścili się na Amerykanach - dodał al-Walae.

- To będzie operacja jakościowa, która będzie mogła nadejść z powietrza, z wody, na granicy Iraku, w regionie, gdziekolwiek. To otwarta wojna - oświadczył rozmówca agencji.

Ocenił także, że zwycięstwo w wyborach prezydenckich w Iranie konserwatywnego polityka, stojącego na czele wymiaru sprawiedliwości Islamskiej Republiki Ebrahima Raisiego, wzmocni przez następne cztery lata wspierane przez Iran grupy bojowników na całym Bliskim Wschodzie.