Żołnierze z pułku Azow bronili zbombardowanego doszczętnie Mariupola aż do drugiej połowy maja. Walcząc w podziemiach zakładu metalurgicznego Azowstal, spowolnili rosyjską ofensywę na południu, co pozwoliło ukraińskim siłom skupić się na obronie atakowanego od północnej strony Kijowa. Wówczas mówiło się, że Rosjanie użyli wobec obrońców Mariupola każdej swojej broni, poza nuklearną. Zdjęcia rannych i okaleczonych, ale wciąż walczących w podziemnych tunelach żołnierzy publikowały wówczas wszystkie światowe media. Jak potoczył się ich los?

Trafili w ręce Rosjan, gdyż władze w Kijowie uznały, że opuszczenie zakładu jest jedyną szansą na uratowanie życia żołnierzy. Wówczas, powołując się na dane ukraińskiego wywiadu, portal Ukraińska Prawda informował, że w rosyjskiej niewoli znalazło się prawie 2,5 tys. żołnierzy, którzy opuścili teren Azowstalu. Część została wywieziona do Rosji, a część trafiła do aresztu w Ołeniwce w obwodzie donieckim na terenie samozwańczej republiki donieckiej. To tam pod koniec lipca doszło do mordu ponad 50 jeńców. Na początku przypuszczano, że jedno z pomieszczeń, do którego wcześniej wprowadzono więzionych Ukraińców, zostało zbombardowane przez Rosję, by ukryć ślady mordów i tortur. Tymczasem dowódca pułku Azow Mykyta Nadtoczi we wtorek oświadczył, że jego towarzysze broni prawdopodobnie zostali spaleni żywcem. Stwierdził, że Rosjanie użyli miotaczy ognia typu „Trzmiel”.

Czytaj więcej

Rosyjski Sąd Najwyższy uznał ukraiński pułk Azow za organizację terrorystyczną

W weekend krewni ukraińskich jeńców z Azowstalu wyszli na ulice kilkunastu ukraińskich miast, leżących daleko od linii frontu. Nie brakowało dzieci w koszulkach z napisem „uratujcie mojego tatę” albo niepełnoletnich chłopców, którzy czekają na swoich więzionych przez Rosjan braci. Ale też żon, matek i córek, które apelują do prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, by uratował ich bliskich. Zwłaszcza że samozwańcze władze w Doniecku już przygotowują się do pokazowych procesów w okupowanym Mariupolu. Na scenie w miejscowej filharmonii montują ogromną klatkę utworzoną z grubych drutów zbrojeniowych, by już we wrześniu postawić przed „trybunałem” żołnierzy Azowa. Mówił o tym ostatnio na antenie rosyjskiej stacji Rossija 1 Denis Puszylin, który stoi na czele samozwańczej republiki donieckiej.

W czerwcu samozwańczy sąd w Doniecku skazał już na karę śmierci dwóch Brytyjczyków i Marokańczyka walczących po stronie Ukrainy. W międzyczasie do rosyjskiej niewoli trafiło dwóch Amerykanów, którym, jak sugerował rzecznik Kremla, również może grozić podobny wyrok. Krewni żołnierzy z Azowa obawiają się, że ich bliscy mogą zostać skazani na karę śmierci albo zamordowani tak samo jak część jeńców w Ołeniwce. Powołali Zrzeszenie rodzin obrońców Azowstalu i apelują do prezydenta Zełenskiego, ONZ i Czerwonego Krzyża, by uniemożliwić przeprowadzenie pseudotrybunału.

– Uwolnienie jeńców siłą i przeprowadzenie operacji wojskowej na wzór tych, które przeprowadzał w przeszłości Izrael, w naszej sytuacji jest bardzo mało prawdopodobne – mówi „Rzeczpospolitej” Ołeksij Melnyk, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego z kijowskiego Centrum Razumkowa. – Rosjanie traktują ich jak zakładników, ale też chcą zmusić świat do kontaktów z samozwańczymi republikami doniecką i ługańską. Wszyscy wiedzą, że na okupowanych terenach rządzi Rosja, ale formalnie sądzić jeńców będą ich marionetki z Doniecka. Bezpieczeństwo jeńców wojennych gwarantuje konwencja genewska. Nie wiadomo też, dlaczego w miejscu przetrzymywania naszych żołnierzy nie ma przedstawicieli Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (MKCK) – dodaje.

Tymczasem przedstawiciele MKCK oświadczyli ostatnio, że nie odpowiadają za bezpieczeństwo ukraińskich jeńców z Azowstalu i przyznali, że w Ołeniwce byli tylko raz, w maju, gdy dostarczali tam zbiorniki z wodą pitną.