Zginęli w czasie wycieczki szkolnej w zeszły czwartek. W internecie można teraz obejrzeć film z ostatnich chwili ich życia (nagrał go telefonem jeden z małoletnich uczestników, a pokazała go amerykańska telewizja CNN). Chłopcy w wieku 6 do 9 lat żegnają się z rodzicami, potem odwiedzają cmentarz, jedyne zielone miejsce w okolicy. Są pełni radości, podekscytowani. To, że dzień później oni spoczną na innym, nie tak kolorowym cmentarzu, robi na widzach wielkie wrażenie.

Materiał ma szansę wstrząsnąć światową opinią publiczną, choć pewnie nie tak, jak zdjęcie leżących na tureckiej plaży zwłok Alana Kurdiego, malutkiego uchodźcy, które w 2015 roku zmieniło, tymczasowo jak się później okazało, nastawienie zachodnich Europejczyków do imigracji z Bliskiego Wschodu.

Autobus z młodymi Jemeńczykami zaatakowały samoloty koalicji pod wodzą Arabii Saudyjskiej. Na początku Saudyjczycy zrzucali winę na rebeliantów, z którymi prowadzą wojnę (ich bastionem jest północna prowincja Saada, gdzie doszło do tragedii). Teraz już nie twierdzą, że to nie oni zbombardowali autobus, ale sugerują, że mieli „uzasadnione cele" wojskowe. Sprawą zajęła się ONZ. Nawet USA, wielki zachodni sojusznik Saudyjczyków, wysłały, jak podaje CNN, trzygwiazdkowego generała do Rijadu, by przyjrzał się śledztwu dotyczącemu ataku na autobus.

Dzieci już wcześniej były licznymi ofiarami trwającej od trzech lat wojny. Stronami w niej są sąsiadująca z Jemenem Arabia Saudyjska (wraz z koalicjantami, przede wszystkim Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi) oraz szyiccy bojownicy Huti, którzy z lokalnego ruchu rebelianckiego nieoczekiwanie stali się poważnym graczem, kontrolującym znaczną część Jemenu. Wojna uchodzi za zastępczy konflikt saudyjsko-irański prowadzony na terenie państwa trzeciego. Saudyjczycy zapewniają, że ich celem jest przywrócenie władzy legalnego rządu, uznawanego przez społeczność międzynarodową. Na jego czele stoi prezydent Abd Rabbuh Mansur Hadi, który urzęduje w głównym mieście na południu, Adenie. Stolica, Sana, jest od kilku lat w rękach Hutich.

– Nie chcemy usprawiedliwiać wszystkich działań, błędy się zdarzają, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że Huti wykorzystują dzieci w tej wojnie – mówi „Rzeczpospolitej" Merwat Modżali, ambasador Jemenu w Warszawie. Przedstawia raport sporządzony przez rząd, z którego wynika, że Huti wciągają dzieci do działań wojennych. Od początku 2015 do połowy 2018 roku mieli wcielić do swoich oddziałów prawie 3,5 tys. nieletnich. Według raportu na froncie poległo 418 dzieci w mundurach rebeliantów.

Jak podkreśla Modżali, rząd jest gotów do dialogu z Hutimi, bo są „częścią narodu jemeńskiego". Porozumienie musi jednak uwzględniać rezolucję ONZ (co łatwiej sobie wyobrazić) oraz stanowisko Rady Współpracy Zatoki Perskiej (to już trudniejsze, bo główną rolę odgrywa w niej Arabia Saudyjska, śmiertelny wróg Hutich i wspierającego ich Iranu). Pani ambasador była uczestnikiem negocjacji z Hutimi w Kuwejcie w 2016 roku, zakończyły się fiaskiem.