Zanim o tym, co wypada robić, a czego nie, decydowali influencerzy zamieszczający w serwisie YouTube filmiki instruujące, jak zawiązać krawat i po której stronie talerza położyć smartfon podczas kolacji, istniało coś takiego jak kindersztuba. Młodszym czytelnikom warto przypomnieć, że w ramach kindersztuby rodzice uczyli dzieci, jak posługiwać się widelcem i nożem, by nie trzymać łokci na stole ani rąk w kieszeni w chwili, gdy się z kimś witamy. Że to młodszy mówi starszemu „dzień dobry", ale to już starszy podaje młodszemu dłoń do uściśnięcia. Że nie podajemy na przywitanie ręki w rękawiczce, jeśli ktoś podaje nam rękę bez niej.

Kindersztuba wcale nie dotyczyła klas wyższych – szczególnie w czasie komunizmu wiele rodzin mieszczańskich, widząc, że wraz z postępami socjalizmu następowało ekspresowe schamienie, podchodziło do dobrego wychowania dzieci z niezwykłą pieczołowitością.

Dlatego też obecna dyskusja na temat tego, czy nowo wybrani posłowie Koalicji Europejskiej powinni podać rękę na piątkowych uroczystościach w Sejmie, albo czy to dobrze, że nawet Janina Ochojska deklaruje, że nie poda ręki Mateuszowi Morawieckiemu, wreszcie czy szef rządu powinien się zatrzymać, gdy na terenie Stoczni witała go prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, czy też pozwolić funkcjonariuszom ochrony zepchnąć ją z jego drogi, wygląda na powrót do tych starych dobrych zasad. Oto znów rozmawiamy o tym, co odróżnia życie człowieka cywilizowanego od ludzi pierwotnych – o formach zachowania.

Ale niestety to tylko pozory. Istotą tego sporu wcale nie są zasady dobrego wychowania. Formy są tylko pretekstem do tego, by przywalić przeciwnikowi. Wystarczy rzut oka, by się o tym przekonać. „Kuriozalny happening Dulkiewicz. Prezydent Gdańska zaczepiła premiera Morawieckiego", „Dulkiewicz chciała zaistnieć i... zaczepiła premiera. Niepoważne zachowanie prezydent Gdańska" – tak sympatyzujące z władzą portale przedstawiły poniedziałkowe wydarzenia na placu przed Europejskim Centrum Solidarności.

„Morawiecki zignorował Aleksandrę Dulkiewicz. Nawet się nie zatrzymał [MAMY WIDEO!]". „W starym dobrym pisowskim stylu Morawiecki zignorował rozmowy przy okrągłym stole i zaproszenie Dulkiewicz" – można było przeczytać na portalach krytycznych wobec rządzących.

Punkt widzenia zależy więc od punktu siedzenia. Kto lubi Morawieckiego, a nie lubi Dulkiewicz, uzna, że to prezydent Gdańska próbowała sprowokować premiera. Kto lubi Dulkiewicz, a nie cierpi Morawieckiego, będzie przekonywał, że winny całej sytuacji jest szef rządu, który potraktował gospodarza miasta, w którym przebywał, jak powietrze. W kultowym serialu „Ulica Sezamkowa" uczono dzieci czytać w ten sposób, że sponsorem każdego z odcinków była jakaś literka. Zachowując tę konwencję, można powiedzieć, że poniedziałkowe wydarzenia miały aż dwóch sponsorów. H – jak hipokryzja i K – jak Kali.

4 czerwca, rocznica pierwszych częściowo wolnych wyborów, które otwarły drogę do obalenia komunizmu, jest datą, z której wszyscy mieliśmy być dumni. Zamiast tego stała się – jak pisałem w ostatnim „Plusie Minusie" – okazją do tego, by się podzielić. Przecież świętujemy przeciwko sobie, a nie razem – osobno PiS, osobno opozycja. Ale jak mamy zgodnie oceniać wydarzenia sprzed 30 lat, jeśli kłócimy się zażarcie o to, jak zinterpretować to, kto komu podał rękę, albo kto z kim się nie przywitał?