Ten werdykt to obraza zdrowego rozsądku, a ów komentarz to kolejny wyraz cynizmu pewnego siebie komunistycznego dygnitarza. Ale najwyraźniej wie on, że wciąż ma nad sobą parasol ochronny i włos mu z głowy nie spadnie.

Kiszczak może więc spokojnie iść na wódkę, bo nie odpowie ani za śmierć ofiar z rąk funkcjonariuszy peerelowskiego aparatu represji, których był szefem, ani za niszczenie dokumentów tegoż aparatu, które już w wolnej Polsce przeprowadzono w MSW pod jego kierownictwem. Może stawiać wódkę, bo cieszy się nie tylko bezkarnością, ale i wysoką emeryturą. – Mordercy zza biurka, do których należał generał Kiszczak, mają się dobrze – skwitował wyrok historyk IPN dr Antoni Dudek.

A przecież nikt, kto zna realia PRL, nie wierzy, że milicjanci strzelali do górników, ot tak sobie, bez przyzwolenia najwyższych decydentów. Milicjanci użyli broni, bo mieli szyfrogram Kiszczaka zezwalający na jej użycie. Sąd uznał jednak, że było to... sprzeczne z intencjami generała. Zatem Kiszczak nieumyślnie sprowadził na górników śmierć, a nieumyślne czyny się przedawniają – tłumaczy sąd i dodaje: tak, tak, to sprzeczne z poczuciem sprawiedliwości…

Z poczuciem przyzwoitości też, zwłaszcza gdy wspomni się dopisek na szyfrogramie Kiszczaka, by używać broni, tylko gdy zagrożone będzie życie milicjantów. Dziś generał bezpieki dalej powtarza, że zomowcy po prostu się bronili przed agresywnymi górnikami.

Umowa o bezkarności dygnitarzy PRL jest wciąż wypełniana, a im samym nie brakuje tupetu.

Skomentuj na blog.rp.pl/lichocka