Reakcja polskich polityków na opublikowany w środę raport Komisji Europejskiej dotyczący stanu praworządności w UE była do przewidzenia. Opozycja skorzystała z okazji, by skrytykować rządzących, a politycy partii rządzącej – by skrytykować Unię Europejską. Zachowanie zarówno opozycji, jak i rządzących jest absurdalne, ponieważ z tego raportu... niewiele wynika. Nie chodzi o to, że to dokument nieważny, ale że poza konsekwencjami wizerunkowymi nie ma żadnych innych skutków. Komisja postanowiła dokonać oceny praworządności we wszystkich 27 państwach członkowskich, by odeprzeć zarzuty – formułowane m.in. przez PiS – że szczególnie uwzięła się na Polskę oraz Węgry, bo nie podobają jej się prawicowe rządy w tych krajach. Tak więc powstał pomysł, by co roku przedstawiać raport o tym, jak wygląda stan sądownictwa, walki z korupcją czy wolności mediów we wszystkich krajach Unii. By odeprzeć zarzuty o to, że Komisja narusza suwerenność krajów członkowskich i wtrąca się w nieswoje sprawy, wywiedziono prawomocność raportu z traktatów, które zobowiązują członków UE do przestrzegania pewnych zasad i wartości.