Wiele takich dni przeżyłem w Ameryce, głównie w Nowym Jorku, początkowo jako tymczasowy emigrant, a potem jako konsul generalny Rzeczpospolitej. Wiele mógłbym doradzić sposobów jej spędzania: może najbardziej spektakularny to rejs promem z dolnego Manhattanu na Staten Island, jedną z dzielnic metropolii.
Amerykanie świętują „Independence Day” z własnej nieprzymuszonej woli
Przecinamy szeroko rozlaną Zatokę Nowojorską zamkniętą z jednej strony oświetlonymi wysokościowcami okolic Wall Street, a z drugiej łukiem wiszącego mostu Verrazzano, który przez pewien (miniony) czas dominował wśród takich konstrukcji w świecie. Niebo nad nami płonie tysiącami rozświetlających właśnie niebo fajerwerków. Trzeba tylko przełamać wstręt do płynącego zewsząd odoru marihuany, by skonstatować, że akurat tego wieczoru znajdujemy się w jednym z najpiękniejszych miejsc planety.
Czytaj więcej
Mimo niesprzyjającej pogody Amerykanie z wielkim rozmachem uczcili w sobotę 250. rocznicę uzyskania przez Stany Zjednoczone niepodległości. Prezyde...
Ale żeby zrozumieć coś więcej, trzeba udać się do najbardziej zapadłego miasteczka skrytego wśród prerii albo lasów, aby zobaczyć, jak nieliczni mieszkańcy sami sobie urządzają „Dzień Niepodległości” – nie dlatego, że zachęcił ich Trump w czerwonej czapeczce i z bitcoinem w dłoni, z któregoś z obficie pozłacanych posągów – ale z własnej i nieprzymuszonej woli; jak zwyczajni obywatele kupują za własne pieniądze stosy ogni sztucznych, jak burmistrz osobiście ładuje orkiestrę strażacką na platformę miejscowego przedsiębiorcy, no i jak to się kończy zbiorowymi śpiewami i eksplozją kapsli od piwa.
Świętowanie „Independence Day” nie jest nakazane ustawą
Można się długo zastanawiać, dlaczego najbogatszy kraj świata spadł do roli „najbogatszego kraju III świata”, dlaczego jego obywatele wybrali prezydentem narcystycznego kłamczucha, dlaczego wciąż są tam idioci, dający się nabrać na budowę pozłacanej Sali Balowej przy Białym Domu albo na jednakowe traktowanie Putina z Zełenskim?
Odpowiedzi bywają różne i można o nich poczytać w tekstach wyżej niż ja cenionych komentatorów. Jednak – mimo wszystko – zawołajmy jak w tytule, który wziąłem z ponad 60-letniego filmu greckiego emigranta Elii Kazana. Jedno bowiem jest pewne: kraj, który świętuje niepodległość z potrzeby ducha jest bardziej odporny na bałwaństwo władz i chwilową głupotę obywateli, niż państwo, gdzie do wszystkiego potrzebna jest ustawa.