To, że Jarosław Kaczyński nie jest entuzjastą polityki Donalda Tuska i jego koalicji, raczej nikogo nie zaskoczy. Czym innym jest jednak krytyka politycznego przeciwnika, nawet ostra i bezkompromisowa, czym innym wysyłanie owego przeciwnika do piekła i opisywanie czegoś tak zwyczajnego dla demokracji, jak różnica poglądów politycznych, w kategorii starcia dobra ze złem.
Jak dyskutować z z kimś, kto jest czystym złem? Niestety bez dialogu w demokracji nie da się realizować celów w dłuższej perspektywie
Problem z ujmowaniem polityki w ten drugi sposób polega na tym, że nie pozostawia ona żadnej przestrzeni na to, co jest istotą demokracji, czyli dialog. Z normalnym przeciwnikiem politycznym można się bowiem nie zgadzać, ale można próbować z nim negocjować, wykuwać kompromisy, osiągać konsensus przynajmniej co do ogólnego kierunku, w którym kraj ma zmierzać. Dla demokracji to proces absolutnie kluczowy – bez niego trudno bowiem realizować jakąkolwiek politykę, której perspektywa wykracza poza cztery lata kadencji Sejmu.
W cztery lata nie da się zmodernizować żadnej poważnej dziedziny życia, a jeśli koncepcja owej modernizacji powstaje przy całkowitym ignorowaniu opozycji wobec aktualnej większości, można być pewnym, że gdy role na scenie politycznej zmienią się po wyborach, zaciągnięty zostanie hamulec ręczny i rozpocznie się proces kontrmodernizacji. W efekcie czasu wystarcza tylko na położenie fundamentów pod gmach nowego sądownictwa, systemu edukacji, systemu ochrony zdrowia, czy co tam jeszcze zdecydujemy się zmieniać – po czym przychodzi nowa ekipa, wysadza wszystko w powietrze i cała zabawa zaczyna się od nowa. Nie jest to najbardziej konstruktywny sposób wykorzystania politycznej energii, mówiąc bardzo eufemistycznie.
Czytaj więcej
Na pytanie o lidera prawicy w Polsce najwięcej Polaków wskazuje Jarosława Kaczyńskiego, ale prezydent Karol Nawrocki niewiele ustępuje prezesowi Pi...
Jak jednak szukać porozumienia z drugą stroną co do jakichś kwestii fundamentalnych, skoro po drugiej stronie mamy ucieleśnienie wszelkiego zła, kogoś, kogo czeka piekielny ogień i kto – to kolejne cytaty z prezesa PiS – „zniszczył funkcjonowanie państwa”, „podporządkował politykę interesom niemieckim” i prowadzi do tego, że Polska „jako państwo suwerenne przestanie funkcjonować”.
Jeśli po drugiej stronie mamy kogoś takiego, to nie ma o czym rozmawiać – przecież to ktoś, kto nie tylko zagraża ojczyźnie, ale być może nawet naszym nieśmiertelnym duszom. Przestrzeń do negocjacji kurczy się do wielkości główki od szpilki – w zasadzie jedyne co trzeba zrobić to odsunąć kogoś takiego od władzy, a potem cofnąć wszystko, co zrobił, bo skoro jest czystym złem, to nie mógł zrobić nic dobrze. I tak wracamy do opisanego wyżej mechanizmu nieustannego reformowania i kontrreformowania.
Polska osiąga sukcesy pomimo polityków. Co mogłaby osiągnąć, gdyby jej w tym pomagali?
Oczywiście winny temu jest nie tylko Jarosław Kaczyński, bo w taką samą grę bardzo chętnie gra też premier Donald Tusk, który PiS obsadza w roli nie tylko niszczycieli demokracji, ale nawet ukrytej opcji prorosyjskiej, nawet jeśli nieświadomej tego. I znów – gdy tak przygotuje się przedpole, to jak podejmować jakiekolwiek rozmowy. W efekcie dwie najważniejsze partie w Polsce ignorują całkowicie swoją wrażliwość i swoje wizje państwa, działając tak, jakby druga strona funkcjonowała poza nawiasem państwa demokratycznego i prowadziła nas ku nieuchronnej zgubie.
A przecież mimo naprzemiennych rządów jednych i drugich Polska zdołała zostać 20. gospodarką świata, goni pod względem poziomu życia Hiszpanię czy Włochy, zachwyca Brytyjczyków. I robi to pomimo rozedrgania, w które uparcie wpychają nas Tusk z Kaczyńskim podnosząc temperaturę politycznego konfliktu do absurdalnego poziomu (vide wspomniany wyżej ogień piekielny), by zmobilizować swoje żelazne elektoraty. Pytanie, ile moglibyśmy osiągnąć, gdyby nie niszczyli w ten sposób debaty w Polsce, pozostanie, niestety, retoryczne.