Lepiej na żadne głosowanie nie patrzeć jak na ostateczną decyzję o rozwoju zachodniej cywilizacji. Tym razem też. Niezależnie, kto wygra, Donald Trump – co patrząc na drobiazgowe badania socjologiczne, wydaje się mniej prawdopodobne, ale nie niemożliwe – czy Joe Biden, raczej faworyt, ani Polska nie odwróci się od Ameryki, ani Ameryka od Polski.
Zwycięstwo Bidena może oznaczać czasowe zagubienie ekipy rządzącej w Warszawie. Nie postawiła ona tak zdecydowanie na Trumpa, jak to uczynili premierzy Węgier czy Słowenii. Ale wizyta Andrzeja Dudy w Białym Domu tuż przed polskimi wyborami i uzyskane poparcie od gospodarza jest symbolem osobistych więzi, które w razie triumfu Bidena mogą trochę ciążyć. Premier Izraela uzyskał od Trumpa znacznie więcej niż politycy PiS (w tym porozumienie z kilkoma państwami arabskimi i przeniesienie amerykańskiej ambasady do Jerozolimy), ale w ostatniej chwili, może przeczuwając rezultat, nie chciał mimo sugestii obecnego prezydenta skrytykować Bidena i dziękował „wszystkim w Ameryce".