Od kilku tygodni trwały spekulacje, kto znajdzie się na tegorocznej liście nominowanych. Eksperci mówili o szansach na oscarowy sukces wielkich hitów, które wyciągały kina z lockdownowego kryzysu - „Top Gun. Maverick” (1,5 mld dolarów wpływów) oraz „Avatara. Istoty wody” (już ponad 2 mld dolarów wpływów). Te tytuły rzeczywiście dostały nominacje. Podobnie jak „Fabelmanowie” starego mistrza Stevena Spielberga. Ale Akademia w ostatnich latach zmienia się. Dziś liczy blisko 10 tysięcy członków, zaproszono do niej wielu artystów z Europy. Może także dlatego coraz większe szanse na oscarowe sukcesy ma kino artystyczne.

W ostatnich dwóch latach triumfowały obrazy tak wyrafinowane jak „Nomadland” czy „CODA”. Było im łatwiej, bo niemal nie miały hollywoodzkiej konkurencji: w czasie pandemii niewielu producentów decydowało się wprowadzić na ekrany superprodukcje. Ale i wcześniej Oscary dla najlepszego filmu odbierali twórcy „Moonlight” czy wreszcie „Parasite”. W tym roku znów najwięcej nominacji uzbierały obrazy niehollywoodzkie. Największym wygranym pierwszej tury głosowania jest kompletnie zwariowane „Wszystko wszędzie naraz” Daniela Kwana i Daniela Scheinerta które zdobyło aż 11 nominacji. To historia kobiety, właścicielki podupadającej pralni, która nagle ma wstęp do alternatywnych rzeczywistości. I tam przeżywa życia, jakie mogły stać się jej udziałem, popełniając zresztą wciąż te same same błędy. Po dziewięć nominacji zebrały: wspaniała opowieść o zerwanej przyjaźni, o odrzuceniu i rodzącej się nienawiści „Duchy Inisherin” Martina McDonagha i niełatwy, na dodatek niemieckojęzyczny obraz Edwarda Bergera o bezsensie wojny - „Na Zachodzie bez zmian”. Co więcej – trzy nominacje w kategoriach amerykańskich zdobył zwycięzca festiwalu canneńskiego, społeczna satyra „W trójkącie” Rubena Ostlunda.

Minął czas, w którym „wyrafinowani” krytycy europejscy mogli mówić o tych najważniejszych w świecie kina nagrodach z lekką pogardą

Czy więc amerykańskie Oscary zaczęły wspierać kino niezależne? To pewnie za dużo powiedziane. Ale z pewnością minął czas, w którym „wyrafinowani” krytycy europejscy mogli mówić o tych najważniejszych w świecie kina nagrodach z lekką pogardą.