Przed pięciu lat brytyjskie media odsądzały od czci i wiary rząd w Madrycie za blokadę referendum niepodległościowego w zbuntowanej prowincji. Ale w środę Sąd Najwyższy Wielkiej Brytanii zastosował identyczną, co hiszpańskie władze, logikę, odmawiając parlamentowi szkockiemu prawa do samodzielnego rozpisania referendum niepodległościowego.
Przewodniczący składu orzekającego Lord Reed wskazał, że ostateczne słowo musi należeć do Londynu, bo jeśli Szkocja pójdzie własną drogą, to będzie to miało skutki dla całego królestwa. Taka też jest logika konstytucji Hiszpanii z 1978 r. Owszem, przyznaje ona wielkie kompetencje 17 wspólnotom autonomicznym, wręcz w Europie największe obok niemieckich landów, ale te muszą się w zamian zobowiązać, że jeśli będą chciały wybić się na niepodległość, to w drodze referendum w całym kraju, a nie tylko na ich terenie. Właśnie dlatego pseudoreferendum zorganizowane przez katalońskich nacjonalistów w 2017 r. nie zostało uznane ani przez Madryt, ani przez świat.