W decydującym starciu spotkały się dwie najlepsze obecnie drużyny w kraju. W tabeli ekstraklasy prowadzi Raków, Lech jest drugi, najprawdopodobniej któraś z tych drużyn zostanie mistrzem.

Mecz stał na bardzo dobrym poziomie, był interesujący, żadna drużyna nie kalkulowała, obydwie były bardzo kreatywne. Być może stało się też tak dlatego, że Raków szybko strzelił bramkę. Po krótkotrwałej pozornej przewadze Lecha wystarczyła jedna kontra. Łotysz Vladislavs Gutkovskis w prosty sposób wyprowadził w pole stopera Lubomira Satkę i trafił z kilkunastu metrów w dolny róg bramki Lecha.

Jeszcze dzień wcześniej nie wiadomo było czy Satka wyjdzie na boisko. Trening z drużyną odbył Bartosz Salamon, ale jego kontuzja okazała się groźniejsza i nie wpisano go nawet do protokołu. Satka grał jako jego zastępca i nie był to występ udany.

Gol padł w szóstej minucie i jeśli Maciej Skorża miał na to spotkanie jakiś plan, a miał na pewno, to chyba nie zakładał on tak szybkiej straty gola. W tym sezonie Lech zremisował w Częstochowie 2:2 i przegrał w Poznaniu 0:1. Skorża powiedział, że jest już coraz bliżej Rakowa.

Kiedy na konferencji dziennikarze poinformowali o tej uwadze Marka Papszuna, grzecznie powiedział: nie bardzo wiem skąd ten optymizm trenera Skorży.

Mecz był wprawdzie bardzo wyrównany, pewnie częściej przy piłce byli lechici, ale Raków bardzo mądrze się bronił i wyprowadzał kontry. Jedna z nich, po podaniu Ivi Lopeza zakończyła się bramką, strzeloną przez Mateusza Wdowiaka.

Ten piłkarz to historia ostatnich trzech finałów Pucharu Polski. Przed dwoma laty strzelił zwycięską bramkę dla Cracovii w finale z Lechią, przed rokiem przesiedział finał na ławce rezerwowych, teraz znowu trafił i wywalczył trofeum trzy razy z rzędu. Takiego zawodnika, zresztą w niezbyt sympatycznych okolicznościach pozbyła się Cracovia.

Ciekawy obrazek można było zaobserwować podczas przerwy. Rozgrzewało się dziewięciu graczy będącego w lepszej sytuacji Rakowa i tylko dwaj lechici. Pozostali słuchali w szatni co trener ma do powiedzenia? Faktem jednak jest, że jedna zmiana w Lechu poprawiła jego grę. Wejście Amarala wyszło drużynie zdecydowanie na korzyść, a po jego strzale kontaktową bramkę zdobył Dawid Kownacki.

Była 53. minuta gry, można się było spodziewać większej aktywności lechitów, ale nic takiego nie nastąpiło. Wprawdzie wciąż atakowali, zdobywali rzuty rożne, czasami pod bramką Rakowa trwała „obrona Częstochowy”, ale nic z tych ataków nie wynikało. Były zbyt wolne, przejrzyste, kasowali je obrońcy, a Tomas Petrasek nie przegrał chyba ani jednego pojedynku główkowego.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP

I kiedy Lech powoli tracił impet i wiarę, Ivi Lopez, wybrany słusznie na zawodnika meczu, podwyższył pięknym strzałem na 3:1. Do końca pozostawał mniej więcej kwadrans i już nic złego Rakowowi nie mogło się stać. Nawet kiedy czerwoną kartkę po brutalnym faulu na Filipie Marchwińskim otrzymał Jakub Arak, osłabiony przez blisko dziesięć minut Raków radził sobie bez zarzutu.

Częstochowianie wygrali zasłużenie. Lech może mówić o pechu z innego powodu. W ciągu ostatnich siedmiu lat grał w finale PP na Stadionie Narodowym czterokrotnie i wszystkie mecze przegrał. „Klątwa” szatni gospodarzy na tym stadionie trwa. We wszystkich siedmiu finałach wygrywali ci, którzy formalnie byli gośćmi. Szatnia reprezentacji Polski jest szczęśliwa tylko dla niej.