Przez pierwszy rok pandemii liczby kobiet w ciąży, nowo narodzonych dzieci, ślubów, świeżych związków drastycznie spadły. Rekordy są różne, wszystkie ponure. Są miejsca, jak Włochy, gdzie urodzin jest o ćwierć miliona mniej niż zgonów – nie było tak od czasów wielkiej wojny.
Każdy ma szczególny indywidualny powód. Ale na poziomie ogólnym sprowadza się to do kilku słów: lęk o przyszłość. Trudno w takiej atmosferze podejmować decyzję o powoływaniu na świat nowych niepewnych i straumatyzowanych. Nie wiedząc na dodatek, czy da się im zapewnić warunki, do których przywykliśmy. Z gorszymi rzadko kto chce się pogodzić. Prognozy nie są optymistyczne. Nie wiadomo, kiedy zaraza przestanie szaleć, czy szczepionki poradzą sobie z nowymi mutacjami i czy nie pojawi się kolejny powód do strachu. Nie wiemy, kiedy wymkniemy się z zamkniętych domów na coś więcej niż zakupy czy do pracy. Kiedy zdejmiemy maseczki, by się lepiej poznać. I – to szczególnie ważne – czy będziemy jeszcze potrzebni na rynku pracy, który się zmieni, ale nie mamy pojęcia jak.