Widok z kontynentu przez kanał La Manche staje się z każdym dniem coraz bardziej przygnębiający. Na Wyspach kolejne kategorie usług i sklepów otrzymują pozwolenie na wznowienie działalności, ludzie szykują się do wakacji w ciepłych krajach, wraca normalne życie. Dzięki zaszczepieniu 53 proc. dorosłych Wielka Brytania jest coraz bliżej uzyskania zbiorowej odporności.

Unia na razie może tylko o tym śnić. W środę liczba zakażonych we Francji urosła do 26 tys., w Polsce jeszcze więcej. Oba kraje powracają do zamrożenia życia społecznego, podobnie jak wiele innych państw członkowskich, w tym Belgia. W całej Wspólnocie zaszczepionych zostało ledwie 10 proc. dorosłych. Ofiary śmiertelne wciąż są liczone w tysiącach.

To rodzi pytanie o winnych. Jest ich z pewnością wielu. W tę środę, pierwszy raz w ciągu 16 lat rządów, część odpowiedzialności wzięła na siebie kanclerz Angela Merkel. Federalny system władzy, atut Niemiec w normalnych czasach, okazał się mało użyteczny, gdy trzeba podejmować szybkie i jednolite dla całego kraju decyzje. We Francji licznych błędów dopuścił się prezydent Macron, ostatnio podając w wątpliwość skuteczność działania szczepionki AstraZeneca. W Polsce i krajach naszego regionu coraz gorszy bilans ofiar kładzie się cieniem na sukcesach rządów w pierwszych miesiącach pandemii.

Ale zasadniczą część winy ponosi też Bruksela. Uzyskując latem ubiegłego roku szerokie kompetencje przy zakupie szczepionek, choć nie miała doświadczeń w polityce zdrowotnej, postawiła na obniżenie cen wakcyn, a nie czas ich dostaw, co jak teraz widać, jest absolutnie kluczowe. Rachunek za te uchybienia jest mierzony nie tylko liczbą ofiar i stratami dla gospodarki. Ma też cenę polityczną. W Niemczech załamują się notowania rządzącej CDU, we Francji na groźnego rywala dla Macrona w wyborach prezydenckich za rok wyrasta Marine Le Pen.

Rośnie więc nacisk na znalezienie drogi wyjścia z tego pata, nawet niekonwencjonalnej czy wręcz ryzykownej. Francja i Włochy domagają się wprowadzenia systemu blokowania eksportu szczepionek z Unii do krajów, które jak Wielka Brytania odnoszą sukces w zabezpieczeniu swojej ludności i same nie sprzedają wakcyn Europie. I to nawet, jeśli byłoby to sprzeczne z podpisanymi kontraktami. Taka strategia może jednak tylko pogłębić problemy. Od Belgii po Szwecję, od Holandii po Finlandię: niewielkie kraje, które polegają na wolnym handlu, są temu przeciwne. Nie chcą, aby Bruksela stała się rzecznikiem protekcjonizmu. Wątpliwości ma też kanclerz Merkel. Gdy Unia potrzebuje jedności w obliczu pandemii, pojawia się kolejna linia podziału.

Stawką w tej grze są też perspektywy integracji na dłuższą metę. Rodzi się kolejny raz pytanie, które stawiano już po niedawnych kryzysach finansowym i migracyjnym: Czy z doświadczeń pandemii należy wyciągnąć wniosek o konieczności przyznania unijnej centrali większych kompetencji, czy raczej uznać, że Bruksela nie jest na to gotowa?