Zaimponował mi wtedy jako człowiek, który mówił o Marcu '68 trochę co innego niż większość dyskutantów. Umiał na przykład objaśnić ten paradoks, że dla sporej części Polaków nie Marzec, a stalinizm był największym nieszczęściem. Albo że moczarowcy pozyskiwali ludzi selektywnym odwołaniem się do tradycji patriotycznej. Chapeaux bas za unikanie stereotypów.
Dziś słucham profesora Króla posyłającego Jarosława Kaczyńskiego przed Trybunał Stanu. I… próbuję zrozumieć. Mam wrażenie, że dawny Król, ten z sesji marcowej, też próbowałby zrozumieć. Nie byłby entuzjastą retoryki Kaczyńskiego, ale spojrzałby chłodnym okiem badacza. Dzisiejszy mówi o zagrożeniu dla demokracji, bo prezes PiS krzyczy pod pałacem, że nie lubi rządzących. Choć jeśli komuś tym zagraża, to własnej formacji.