Mario Draghi, były prezes Europejskiego Banku Centralnego i były premier Włoch, wraz z grupą innych czołowych europejskich ekonomistów, przedsiębiorców oraz ludzi finansów, utworzył inicjatywę gospodarczą Grupa Renu. Czy jej powstanie to dowód na porażkę unijnej dyskusji wokół raportu Draghiego o przyszłości europejskiej konkurencyjności, który właśnie kończy dwa lata? Wówczas wydawało się, że „teraz albo nigdy”. Po dwóch latach sam jego autor daje wyraz frustracji i tworzy think-tank, który nadal nawołuje do pilnych działań ws. wyzwań dla przyszłości Europy.

Na to wygląda. Według najnowszych szacunków zaledwie około 16 proc. rekomendacji z raportu Draghiego zostało w pełni wdrożonych. Myślę więc, że Grupa Renu jest propozycją wychodzącą poza biurokratyczne struktury Komisji Europejskiej, aby pchnąć europejski projekt do przodu. Zasadne jest natomiast pytanie, czy Unii Europejskiej – a raczej głównie „starej Europie”, bo przedstawicieli naszego regionu prawie tam nie ma – jest potrzebny kolejny raport z długą listą rekomendacji. Problemem jest fakt, że rekomendacje z raportu Draghiego z różnych powodów nie są wprowadzane. Kluczowa jest rozmowa, co zrobić, aby to zmienić.

Tylko czy takie ciało jak Grupa Renu przełamie unijną stagnację? Ma ono mimo wszystko ograniczone możliwości.

Tak, ale lepiej mieć taki think-tank niż go nie mieć, każde nowe miejsce do dyskusji jest ważne. Zachodnia Europa ma naprawdę duży problem: jej globalna waga gospodarcza kurczy się w ekspresowym tempie. Jako ekonomista z doświadczeniem z pracy w Waszyngtonie, Pekinie czy New Delhi potwierdzam: o Europie i UE mówi się na świecie coraz mniej. Przed Grupą Renu są jednak dwa wyzwania. Po pierwsze, wdrożenie w życie pomysłów: wcześniejszych i potencjalnie nowych. Po drugie, brak odpowiedniej reprezentacji połowy Unii Europejskiej, w tym Polski.

Czytaj więcej

Raport EY: Polska rośnie trzy razy szybciej niż strefa euro. Lider wśród większych krajów UE

Gdy ogłaszano powstanie Grupy, nie było w niej ani jednego Polaka, i de facto tylko jedna osoba z naszej części Europy: były prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves. Wkrótce okazało się, o czym doniósł „Puls Biznesu”, że zapraszano do niej Mateusza Szczurka, byłego ministra finansów Polski, ale jego udział w inicjatywie kolidował z wewnętrznymi zasadami MFW, gdzie Szczurek piastuje dyrektorskie stanowisko. Po kilku dniach na liście członków Grupy pojawiło się natomiast nazwisko Piotra Dąbkowskiego, współzałożyciela ElevenLabs, doproszono też Lucianę Lixandru z Rumunii, Irynę Terekh z Ukrainy oraz pochodzącą z Bułgarii Stefanię Stantchevą.

Nadal myślę, że to za mało.

Ta niewielka reprezentacja naszego regionu to kwestia niedocenienia polskiego wzrostu gospodarczego ostatnich dekad? A może mamy do czynienia – przepraszam za kolokwializm – z „towarzystwem wzajemnej adoracji”, i gdy nie ma wielu Polaków w europejskich gremiach i sieciach powiązań, to potem nie znajdujemy ich też w takich inicjatywach jak Grupa Renu?

Trzeba dosadnie powiedzieć o ignorancji i arogancji zachodniej Europy. Uważam, że oni naprawdę żyją jeszcze schematami sprzed 1989 r.: Polski PRL-owskiej, a nie bogatszej od Japonii, po uwzględnieniu siły nabywczej. Wiedza o polskim sukcesie i tym, że nie był on oparty na niemieckich markach, tylko na naszych pomysłach, naszej ciężkiej pracy i na absorpcji technologii, powinna być przedstawiana w każdym z gremiów. To lekcja z największego sukcesu – nie tylko Polski, ale całej Europy – w ciągu ostatnich 40 lat.

Nie satysfakcjonuje mnie to, że rzutem na taśmę – po interwencjach mojej, Piotra Sankowskiego i innych – do Grupy Renu został zaproszony jeden Polak. Od początku powinno być w niej minimum sześcioro Polaków, powinna być tam mocna reprezentacja Polski i całego regionu. Nikt nie powinien się nas pytać, co mamy do powiedzenia, bo to jak pytanie Lewandowskiego albo Messiego, co mają do powiedzenia w kwestii piłki nożnej. Trzeba wspólnie, razem z Polakami, usiąść przy stole i zastanowić się, jak pchnąć Europę do przodu. Rzeczywiście należy też podkreślić jednak naszą słabość. Skoro Mateusz Szczurek był zaproszony do Grupy Renu od pół roku, a później okazało się, że nie może być jej członkiem, to powstaje pytanie, dlaczego nie było długiej listy alternatywnych kandydatów. To pokazuje mankament naszego grania zespołowego i to, że do tej pory nie potrafiliśmy – m.in. przez zbyt dużą nieśmiałość – dobrze sprzedać naszego sukcesu i naszych pomysłów na Europę. Powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski.

Trzeba dosadnie powiedzieć o ignorancji i arogancji zachodniej Europy. Uważam, że oni naprawdę żyją jeszcze schematami sprzed 1989 r.: Polski PRL-owskiej, a nie bogatszej od Japonii, po uwzględnieniu siły nabywczej.

dr hab. Marcin Piątkowski, profesor Akademii Leona Koźmińskiego

To ja zaryzykuję rolę adwokata diabła: czy na pewno mamy dzisiaj czym imponować Zachodowi, poza suchymi słupkami PKB? Nasz sukces wynikał z bardzo sprawnego doganiania, też niejako naturalnego procesu napływu inwestycji zagranicznych, zagranicznej wiedzy i technologii, i deszczu funduszy unijnych. Natomiast nie wyróżniamy się na tle UE pozytywnie poziomem innowacyjności, nakładami na badania i rozwój czy stopniem wykorzystania sztucznej inteligencji. Może gorzka prawda jest taka, że po prostu nie mamy Zachodowi zbyt wiele do zaproponowania w nowej erze technologicznej?

Nie wiem, czy to jest dobrze postawione pytanie. Po pierwsze: gdybyśmy tylko podchodzili do rozwoju gospodarczego ucząc się od najbogatszych krajów, to powinniśmy patrzeć tylko na Singapur czy Katar. Od wszystkich krajów na każdym poziomie rozwoju czegoś można się nauczyć. Tym bardziej od Polski, która pokazała, jak można wprowadzić radykalne reformy i przejść największą możliwą transformację: od komunistycznego, ekonomicznego pariasa do kapitalistycznego lidera.

Po drugie, Europa nie jest dziś już globalnym ekonomicznym i technologicznym liderem. Raport Draghiego pokazał, że poziom dochodów i wydajności pracy w Europie jest o 20-30 proc. niższy niż w USA. Nie chodzi więc o dyskusję, jak być liderem na granicy technologicznej świata, ale jak absorbować technologie wymyślone przez innych, w tym AI, w której liderem jest Ameryka i Chiny. A to właśnie w absorpcji technologii Polska jest mistrzem świata.

Najnowsze raporty pokazują, że Europa, z kilkoma wyjątkami, nie przoduje już w większości kluczowych technologii przyszłości. Można postawić więc tezę, że pod wieloma względami wyzwaniem dla Europy nie jest tworzenie zupełnie nowych technologii od zera, tylko absorpcja już istniejących. Wszak do tej pory największa część europejskiego sukcesu – czyli rozwój gospodarczy po drugiej wojnie światowej: słynne 30 wspaniałych lat francuskich i niemiecki Wirtschaftswunder – to były cuda gospodarcze oparte na absorpcji technologii wymyślonych głównie w USA. Polskie doświadczenia ostatnich dekad też są tu bardzo ważne.

W końcu po trzecie: sam przedstawiłem trzy pomysły, które uzupełniają idee Draghiego.

Pod wieloma względami wyzwaniem dla Europy nie jest tworzenie zupełnie nowych technologii od zera, tylko absorbcja już istniejących

dr hab. Marcin Piątkowski, profesor Akademii Leona Koźmińskiego

3K: konwergować, konkurować i koordynować.

Na 328 stronach raportu Draghiego nie ma ani jednej wzmianki o Polsce. Naprawdę trzeba się starać, żeby napisać coś mądrego o europejskiej gospodarce i nie wspomnieć o Lewandowskim rozwoju gospodarczego, jakim jest Polska. To niebywałe. Cały raport zgubił też bardzo ważną kwestię: Europa nie musi tylko rosnąć starając się być Chinami lub Ameryką. Draghi zapomniał o największym sukcesie polityki UE ostatnich pięćdziesiąt lat, czyli polityce konwergencji. Ona najpierw wyciągnęła z biedy peryferyjną Irlandię, później całe południe Europy – Grecję, Portugalię, Hiszpanię – a niedawno Polskę i naszą część Europy.

Co ważne, polityka konwergencji nie dotyczy tylko nas. W dwóch trzecich krajów UE, w tym czterech z sześciu największych gospodarek – Francji, Włoszech, Hiszpanii i Polsce – poziom dochodu na mieszkańca jest niższy niż średnia unijna. Gdybyśmy dalej prowadzili mądrą politykę konwergencji, to okazałoby się, że podciągnięcie wszystkich krajów – od Bułgarii po Francję – do 100 proc. średniej unijnej oznaczałoby wzrost PKB o 10-15 proc. To więcej niż dałoby wiele głównych reform rekomendowanych przez Draghiego. Zmniejszono by też dzięki temu dużą część różnicy dochodowej między UE a USA.

Druga rzecz to konkurencja. Tu też Polska ma mocne karty. Proszę posłuchać, co mówią prezesi wielu polskich firm. Oni na co dzień widzą, że ekspansja polskiego biznesu w Europie Zachodniej napotyka na wiele barier. Muszą walczyć z „tłustymi kotami”: ogromnymi firmami, które kupują wpływy w Brukseli, aby tam mnożono bariery na wewnątrzunijnym rynku. Nasz region jest sprzymierzeńcem wszystkich, którzy chcą, aby konkurencję wewnątrz UE budować.

Po trzecie: koordynacja. Uważam, że nasz region powinien być liderem w koalicjach chętnych, aby wprowadzać w życie różne pomysły na lepszą Europę. Proponuję, abyśmy np. razem z Francją czy Niemcami pilotowali 28. reżim, czyli specjalne ramy prawne dla nowych spółek, np. z dziedziny sztucznej inteligencji albo nowych technologii.

Czytaj więcej

Rząd ogranicza nieco potrzeby pożyczkowe. Dług jednak mocno rośnie

Jak patrzy pan na przyszłoroczny budżet Polski? Nie ma w nim szczególnej konsolidacji fiskalnej. Uwzględniono reformę podatku PIT korzystną dla klasy średniej i wyższej, ale jednocześnie podwyżki CIT dla największych firm. Z jednej strony szykuje się więc kolejny rok z deficytem około 7 proc. PKB, a z drugiej strony nie ma co kryć, że napędza nam on solidny wzrost gospodarczy, który jest wszak warunkiem konwergencji.

Polska przeszła daleką drogę intelektualną: od fiskalnego fundamentalizmu do fiskalnego himalaizmu. Przez ostatnie prawie cztery dekady mówiono nam, że trochę wyższy deficyt skończy się drugą Grecją. Ja i część innych ekonomistów uważaliśmy, że tak nie będzie i to zdanie się potwierdziło.

Z drugiej strony, nie ma co być dumnym z fiskalnego himalaizmu. To niebywała sytuacja, gdy szybko rosnąca gospodarka ma około 7-proc. deficyt już trzeci rok z rzędu. Jest oczywiste, że to nie może trwać wiecznie. Rynki rozumieją, że w roku wyborczym rząd nie może popełnić politycznego harakiri i nie będzie zwiększać dochodów ani ciąć wydatków na ślepo. Jednocześnie myślę, że będą miały ogromne oczekiwania co do programu reform fiskalnych po wyborach w 2027 r.

To niebywała sytuacja, gdy szybko rosnąca gospodarka ma około 7-procentowy deficyt już trzeci rok z rzędu. Jest oczywiste, że to nie może trwać wiecznie.

dr hab. Marcin Piątkowski, profesor Akademii Leona Koźmińskiego

Agencje ratingowe wytrzymają jeszcze rok bez obniżenia nam ratingów?

Taki wysyłają sygnał. Pomaga nam wzrost gospodarczy i struktura deficytu. Ogromna większość krajowych obligacji skarbowych – prawie 90 proc. – znajduje się dziś w rękach krajowych inwestorów. To sprawia, że jesteśmy dużo bardziej uniezależnieni od globalnych szoków. Nie zmienia to jednak faktu, że tak wysokie deficyty są niekomfortowe. Do końca tej dekady mamy mieć dług na poziomie 75-80 proc. PKB. Powinniśmy chuchać na zimne, aby przez kolejny rok nie wydarzył się żaden szok w polskiej ani światowej gospodarce, a jednocześnie już pisać do szuflady ustawy i pomysły, jak ustabilizować sytuację po wyborach. Na to będą patrzyły rynki i agencje ratingowe.

dr hab. Marcin Piątkowski

Profesor Akademii Leona Koźmińskiego, były wiodący ekonomista Banku Światowego ds. rozwoju sektora prywatnego w Chinach i Indiach, autor bestsellera „Złoty wiek. Jak Polska została europejskim liderem wzrostu i jaka czeka ją przyszłość”. Wcześniej m.in. Główny Ekonomista PKO BP oraz wizytujący naukowiec na Uniwersytecie Harvarda.