NBP bagatelizuje problem inflacji. Szykujmy się na boom konsumpcyjny

Szybki wzrost płac w warunkach malejącej inflacji to grunt pod żywiołowe odbicie popytu. Jego efektem będzie stała presja na wzrost cen.

Aktualizacja: 14.12.2023 12:13 Publikacja: 23.11.2023 03:00

Szybki wzrost płac w warunkach malejącej inflacji to grunt pod żywiołowe odbicie popytu.

Szybki wzrost płac w warunkach malejącej inflacji to grunt pod żywiołowe odbicie popytu.

Foto: Bloomberg

Tezy o „dojrzewaniu boomu konsumpcyjnego” i „nieposkromionej wciąż inflacji” nie znajdują uzasadnienia w danych – twierdzi w polemice z moimi artykułami profesor Leon Podkaminer, doradca prezesa Narodowego Banku Polskiego. Inny z doradców Adama Glapińskiego (jego nazwiska nie wymienię, bo polemikę podjął w prywatnej korespondencji, a nie na łamach „Rz”) zapewnia z kolei, że jedynym powodem przerwania przez Radę Polityki Pieniężnej cyklu obniżek stóp procentowych w listopadzie była niepewność polityczna związana z wynikiem wyborów. Nie było to więc, jak napisałem, wznowienie walki z inflacją, bo ta została w jego ocenie opanowana.

Opóźniona reakcja

Obaj doradcy prezesa NBP swoje przekonanie, że batalia z inflacją została wygrana, opierają na tym, że wskaźnik cen konsumpcyjnych (CPI) od maja do września stał w miejscu lub się nie zmieniał. Łącznie w tym okresie zmalał o 0,6 proc. Z tego wynika, że wzrost CPI rok do roku – to, co zwykle rozumiemy pod pojęciem inflacji – jest tylko i wyłącznie skutkiem zmian cen sprzed maja. Obecnie ceny towarów i usług konsumpcyjnych nie rosną, a więc – zapewniają ekonomiści – inflacji nie ma. Takie wypowiedzi doradców prezesa Glapińskiego trudno traktować inaczej niż jako kolejny przejaw tego, że kierownictwo banku centralnego problem inflacji bagatelizuje – jak niemal stale w ostatnich latach.

Polityka pieniężna oddziałuje na gospodarkę z opóźnieniem kilku kwartałów. Decyzje Rady Polityki Pieniężnej powinny więc być podyktowane oczekiwaną inflacją, a nie bieżącą. W tej kwestii ostatnie prognozy samego banku centralnego nie pozostawiają zaś cienia wątpliwości: niezależnie od tego, co dzisiaj dzieje się z cenami, w najbliższych kilku latach inflacja będzie przewyższała cel inflacyjny NBP (2,5 proc. rok do roku z tolerancją odchyleń o 1 pkt proc.). I nie będzie tak, jak przekonuje prof. Podkaminer, z powodu ewentualnego wygaszenia przez nowy rząd tarczy antyinflacyjnej. Listopadowa projekcja Departamentu Analiz i Badań Ekonomicznych NBP pokazuje, że nadmierna inflacja będzie przede wszystkim skutkiem wewnętrznej presji na wzrost cen, spowodowanej szybkim wzrostem płac i popytu konsumpcyjnego. Taki sam obraz malowała już lipcowa projekcja, która w ocenie większości członków RPP uzasadniała ostrą obniżkę stóp procentowych we wrześniu i nieco mniejszą w październiku. Te wewnętrzne źródła inflacji łatwo było ostatnio stracić z oczu, bo jej wystrzał na przełomie lat 2022 i 2023 był przede wszystkim skutkiem nawarstwienia szoków podażowych: zaburzeń w łańcuchach dostaw oraz kryzysu energetycznego. Te szoki wygasają, czego skutkiem jest to, że CPI w ostatnich kilku miesiącach stał w miejscu, a nawet lekko malał. Gdy jednak wygasną ostatecznie, uwidoczni się z całą mocą krajowa presja inflacyjna.

Czytaj więcej

Rynek pracy nie może odzyskać równowagi

Sprzedaż już kwitnie

Jej źródłem będzie m.in. wzrost popytu konsumpcyjnego przewyższający tempo wzrostu produktu krajowego. Taką sytuację można określić jako boom konsumpcyjny, którego zwiastuny są widoczne już od kilku miesięcy. To po pierwsze, raptowna poprawa nastrojów gospodarstw domowych, spowodowana szybkim wzrostem siły nabywczej dochodów, co z kolei jest wypadkową kilkunastoprocentowych podwyżek wynagrodzeń i malejącej inflacji. W październiku przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw (obejmuje podmioty z co najmniej dziesięcioma pracownikami) zwiększyła się o niemal 6 proc. rok do roku, najbardziej od lutego 2019 r. Kolejne miesiące nie będą pod tym względem gorsze, biorąc pod uwagę 20-proc. wzrost płacy minimalnej, zaplanowany na 2024 r., oraz zapowiedzi jeszcze większych podwyżek wynagrodzeń w sektorze publicznym. Do tego zaś dojdą zwiększone transfery społeczne. W rezultacie, jak podał w środę GUS, tzw. bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK), który odzwierciedla m.in. skłonność gospodarstw domowych do dokonywania ważnych zakupów, wzrósł w listopadzie 13. raz z rzędu. Znalazł się tym samym na najwyższym od września 2021 r. poziomie: do -15,1 pkt z -17,9 pkt w październiku. Owszem, jak podkreśla prof. Podkaminer, jest wciąż ujemny, co teoretycznie oznacza, że więcej gospodarstw domowych raportuje pogorszenie swojej sytuacji finansowej niż poprawę. Ale dla oceny perspektyw konsumpcji ważniejszy jest kierunek zmian BWUK niż poziom. W przeszłości do boomów konsumpcyjnych dochodziło, gdy wskaźnik ten był niżej niż dziś.

Czytaj więcej

Ceny towarów i usług rosną szybciej niż sugeruje sezonowy wzorzec. Nowe dane NBP

Na pierwszy rzut oka poprawiające się nastroje konsumentów nie znajdują odzwierciedlenia w wynikach handlu. Sprzedaż detaliczna towarów od lutego stale malała w ujęciu rok do roku. W październiku wzrosła o 2,8 proc., ale walnie przyczynił się do tego jednorazowy skok popytu na paliwa z powodu przejściowej obniżki ich cen przed wyborami. Tyle że zachowanie sprzedaży w ujęciu rok do roku jest wciąż pod wpływem wysokiej bazy odniesienia, związanej z napływem uchodźców do Polski w ubiegłym roku. Gdy na trendy w konsumpcji popatrzeć tak, jak doradcy prezesa NBP chcą patrzeć na ceny, obraz jest inny. Od maja sprzedaż detaliczna towarów po oczyszczeniu z wpływu czynników sezonowych wzrosła realnie (w cenach stałych) o niemal 8 proc. To największy skok od dwóch lat – okresu boomu konsumpcyjnego po pandemii.

Sam NBP prognozuje, że konsumpcja – z uwzględnieniem usług – w 2024 r. wzrośnie o 3,3 proc. i o 4,4 proc. w 2025 r. Ale ta prognoza opiera się na zadziwiająco pesymistycznej ocenie perspektyw rynku pracy. Otóż analitycy NBP założyli stały spadek zatrudnienia i wzrost stopy bezrobocia. To powinno hamować wzrost funduszu płac (sumy zarobków ogółu zatrudnionych), nawet gdy same wynagrodzenia będą szybko rosły. Większość ekonomistów tego pesymizmu jednak nie podziela, bo i ostatnie dane z rynku pracy go nie uzasadniają.

Tezy o „dojrzewaniu boomu konsumpcyjnego” i „nieposkromionej wciąż inflacji” nie znajdują uzasadnienia w danych – twierdzi w polemice z moimi artykułami profesor Leon Podkaminer, doradca prezesa Narodowego Banku Polskiego. Inny z doradców Adama Glapińskiego (jego nazwiska nie wymienię, bo polemikę podjął w prywatnej korespondencji, a nie na łamach „Rz”) zapewnia z kolei, że jedynym powodem przerwania przez Radę Polityki Pieniężnej cyklu obniżek stóp procentowych w listopadzie była niepewność polityczna związana z wynikiem wyborów. Nie było to więc, jak napisałem, wznowienie walki z inflacją, bo ta została w jego ocenie opanowana.

Pozostało 90% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Gospodarka
Niepokojący bezruch w inwestycjach nad Wisłą
Gospodarka
Poprawa w konsumpcji powinna nadejść, ale wyzwań nie brakuje
Gospodarka
20 lat Polski w UE. Dostęp do unijnego rynku ważniejszy niż dotacje
Gospodarka
Bez potencjału na wojnę Iranu z Izraelem
Gospodarka
Grecja wyleczyła się z trwającego dekadę kryzysu. Są dowody