O konsekwencji zmian demograficznych eksperci rozmawiali w trakcie Forum Ekonomicznego w Karpaczu podczas debaty „Rzeczpospolitej”, która zapoczątkowała redakcyjny projekt „Demografia. Gospodarka pokoleń”. W jego ramach będziemy pokazywać konsekwencje zmian demograficznych dla gospodarki, całego państwa i społeczeństwa.

Polska się kurczy i starzeje. To proces, którego w najbliższych dekadach nie da się już odwrócić. Jego konsekwencje coraz mocniej odczuje rynek pracy, system emerytalny, ochrona zdrowia i sami pracodawcy. Eksperci wskazują jednak, że odpowiedzią nie może być wyłącznie próba zwiększenia liczby urodzeń. Równie ważne staje się to, jak długo Polacy będą żyli w zdrowiu, pozostawali aktywni zawodowo i czy gospodarka będzie potrafiła poradzić sobie z coraz mniejszą liczbą pracowników.

Punkt wyjścia nie pozostawia dużych złudzeń. Współczynnik dzietności w Polsce wynosi niewiele ponad 1, podczas gdy dla prostej zastępowalności pokoleń potrzebny jest poziom około 2,1. Prezes Głównego Urzędu Statystycznego dr hab. Marek Cierpiał-Wolan zwracał uwagę, że problem nie pojawił się w ostatnich kilku latach. Niekorzystne wskaźniki obserwowane są od początku lat 90., a ich konsekwencje kumulują się z każdym kolejnym rocznikiem.

Od 2013 r. Polska notuje ujemny przyrost naturalny, a do końca ubiegłego roku liczba ludności zmniejszyła się o ponad milion. W ostatnim roku urodziło się około 238 tys. dzieci – niemal trzykrotnie mniej niż w najbardziej korzystnym pod tym względem okresie powojennym. – Konsekwencje dla rynku pracy, produktywności, zmian czy konieczności przeprofilowania produkcji i usług są wieloaspektowe – wskazywał Cierpiał-Wolan.

Według przywołanej podczas debaty projekcji w 2060 r. liczba mieszkańców Polski może spaść do niewiele ponad 28 mln. Jeszcze ważniejsza od samej liczby ludności jest jednak zmiana jej struktury. Mniej liczne roczniki wchodzą na rynek pracy, podczas gdy coraz liczniejsze grupy zbliżają się do wieku emerytalnego albo już go osiągają.

Problemem nie jest już bezrobocie

Przez lata jednym z podstawowych problemów polskiego rynku pracy było bezrobocie. Dziś sytuacja stopniowo się odwraca. Coraz większym wyzwaniem nie jest znalezienie pracy, lecz znalezienie ludzi, którzy będą mogli ją wykonywać.

Zmniejszająca się liczba osób w wieku produkcyjnym będzie oddziaływać na niemal wszystkie sektory gospodarki. Jednocześnie zmiany nie zatrzymają się na rynku pracy. Jak wskazywała dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prof. SGH, coraz mniej dzieci oznacza konieczność dostosowania sieci szkół, przedszkoli i żłobków, natomiast rosnąca liczba seniorów zwiększy presję m.in. na system zabezpieczenia społecznego i opieki długoterminowej. – Powinniśmy byli się przygotowywać już od dawna – podkreślała.

Część reform została zaprojektowana właśnie z myślą o zmianach demograficznych. Przykładem jest reforma emerytalna z 1999 r. (i uzależnienie przyszłej emerytury od wielkości zgromadzonego kapitału). Nie oznacza to jednak, że pozostałe systemy są gotowe na skalę zmian, która nastąpi w kolejnych dekadach. Dla pracodawców nie jest to przy tym problem odległej przyszłości.

Anna Papka, Impact Director McDonald’s Polska, wskazywała, że ta firma zatrudniająca około 40 tys. osób już dziś obserwuje skutki zmniejszającej się podaży pracy. Część luki wypełniają cudzoziemcy, ale pracodawcy coraz częściej sięgają też po grupy, które wcześniej były słabiej reprezentowane na rynku pracy. W przypadku McDonald’s około 7 proc. załogi stanowią osoby z niepełnosprawnościami. Firma zatrudnia także coraz więcej starszych osób. – Najstarsza pracownica w naszej sieci ma 74 lata – mówiła Papka.

Wraz ze zmianą struktury wieku społeczeństwa podobne sytuacje będą coraz mniej wyjątkowe. Pytanie nie brzmi już więc tylko, czy starsze osoby będą pracowały, lecz także czy firmy i organizacja pracy będą przygotowane na ich potrzeby.

Mniej pracowników, ale ilu będzie zdrowych?

W dyskusji o demografii często punktem odniesienia jest liczba osób w wieku produkcyjnym. Victoria Tian, Country President Novartis Poland, zwracała jednak uwagę, że taki sposób patrzenia na problem jest zbyt wąski. Sama obecność w statystycznej grupie wieku produkcyjnego nie oznacza bowiem jeszcze, że dana osoba jest zdolna do pracy, może pracować w pełnym wymiarze i pozostanie aktywna przez kolejne kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Przy kurczącej się populacji znaczenia nabiera więc nie tylko liczba potencjalnych pracowników, ale również ich stan zdrowia. – Zazwyczaj patrzymy tylko na liczbę ludzi w okresie pracy. Natomiast głębszym pytaniem jest to, ilu zdrowych ludzi mamy w okresie pracy – mówiła Tian.

To przesuwa dyskusję o demografii bezpośrednio w stronę ochrony zdrowia. Jeżeli młodsze roczniki są coraz mniej liczne, jednym ze sposobów ograniczania skutków tego procesu jest utrzymanie obecnych i przyszłych pracowników jak najdłużej w dobrym zdrowiu. Zdaniem przedstawicielki Novartis inwestycje w zdrowie powinny być więc rozpatrywane także jako element odpowiedzi gospodarczej na zmianę demograficzną. Zdrowsza populacja oznacza większą możliwość utrzymania produktywności, dłuższej aktywności i ograniczenia części kosztów wynikających z chorób. – Dotarliśmy do punktu krytycznego, w którym musimy zdecydować, czy patrzymy na ochronę zdrowia jako na koszt, czy jako na inwestycję – wskazywała Tian.

W takim ujęciu nakłady na ochronę zdrowia przestają być wyłącznie pozycją wydatkową. Stają się inwestycją, której część efektów pojawia się poza samym systemem – na rynku pracy, w gospodarce i finansach publicznych. Tian podkreślała przy tym znaczenie profilaktyki, budowania świadomości zdrowotnej, szybkiego dostępu do systemu i osiągania możliwie najlepszych efektów zdrowotnych. Problem polega na tym, że na skutki takich działań trzeba czekać. Zmiana demograficzna rozwija się przez dekady i podobnie długiej perspektywy wymaga odpowiedź na nią. – Dla każdego problemu demograficznego potrzebujemy kilkudziesięciu lat inwestycji i wysiłku – mówiła przedstawicielka Novartis.

242 mln dni nieobecności z powodu choroby

Znaczenie zdrowia dla rynku pracy pokazują również dane dotyczące absencji. Sylwia Piekarska, dyrektorka Public & Government Affairs AstraZeneca Pharma Poland, wskazywała, że w czwartym kwartale 2025 r. co czwarta osoba w wieku produkcyjnym była bierna zawodowo. W całym roku odnotowano natomiast 242 mln dni nieobecności w pracy z powodu choroby.

W sytuacji, w której nowych pracowników będzie coraz mniej, skala absencji nabiera dodatkowego znaczenia. Choroba przestaje być wyłącznie problemem konkretnego pacjenta czy wydatkiem dla systemu ochrony zdrowia. Jej konsekwencją może być również czasowe lub trwałe wyłączenie pracownika z rynku. – Część odpowiedzi na kryzys demograficzny to rzeczywiście liczba lat, których nie stracimy z uwagi na pogarszający się stan zdrowia – mówiła Piekarska. W praktyce oznacza to dwa równoległe zadania. Pierwszym jest umożliwienie powrotu do pracy osobom, które zachorowały i przeszły leczenie. Drugim – niedopuszczanie do sytuacji, w której kolejni pracownicy wypadają z rynku na długo z powodu chorób, którym można było zapobiec albo które można było wcześniej wykryć.

W pierwszym przypadku część odpowiedzialności spada także na pracodawców. Zakończenie leczenia nie zawsze oznacza bowiem natychmiastową możliwość powrotu do wcześniejszego trybu pracy. Pacjent może wymagać dalszej rehabilitacji, krótszego czasu pracy czy dostosowania stanowiska. – Czasami pracodawca musi się otworzyć na redefinicję miejsca pracy czy danego stanowiska albo dostosowanie umowy w taki sposób, żeby pozwalała na dalszą rehabilitację – wskazywała Piekarska. To szczególnie ważne, jeżeli alternatywą jest całkowite opuszczenie rynku pracy przez osobę, która przy odpowiednim wsparciu mogłaby nadal pozostawać aktywna.

Najlepiej nie dopuścić do wypadnięcia z rynku

Drugi kierunek zaczyna się dużo wcześniej, zanim pacjent stanie się osobą długotrwale niezdolną do pracy. Piekarska wskazywała na rolę profilaktyki oraz wczesnej i sprawnej diagnostyki. Im wcześniej choroba zostanie rozpoznana, tym większa szansa na zahamowanie jej rozwoju i uniknięcie najpoważniejszych konsekwencji. Dotyczy to zwłaszcza chorób przewlekłych. Jeżeli system reaguje dopiero w momencie, gdy pacjent ma już rozwiniętą chorobę, konsekwencją może być bardziej intensywne leczenie, hospitalizacja, długa absencja, rehabilitacja, a w części przypadków trwałe ograniczenie zdolności do pracy. – My nie chcemy leczyć ciężko chorych pacjentów. Chcemy tych pacjentów wyłapywać w systemie dzięki skutecznej diagnostyce w momencie, kiedy innowacja może im pomóc najbardziej – mówiła przedstawicielka AstraZeneca.

Celem miałoby być więc zatrzymywanie choroby możliwie wcześnie, czyli zanim dojdzie do progresji i powikłań, które wpływają nie tylko na jakość życia, ale również na możliwość dalszego funkcjonowania zawodowego. Z perspektywy demograficznej znaczenie tego podejścia będzie rosło. Jeżeli w gospodarce brakuje pracowników, każdy przypadek możliwego do uniknięcia przedwczesnego opuszczenia rynku pracy staje się dodatkowym obciążeniem.

Zdrowie 40-latka zdecyduje o pracowniku za 20 lat

Problem polega na tym, że efektów działań podejmowanych dzisiaj nie należy oczekiwać wyłącznie w perspektywie najbliższego budżetu NFZ. Inwestycje w zdrowie osób w wieku 30 czy 40 lat mogą przynieść największy efekt dopiero wtedy, kiedy osoby te będą miały 50, 60 czy 70 lat. Właśnie wtedy okaże się, czy pozostaną samodzielne, aktywne i, jeśli będą chciały, zdolne do dalszej pracy. – To, jak ja dbam w tej chwili o swoje zdrowie, przełoży się na to, czy będę w stanie w pełnym, dobrym zdrowiu funkcjonować, mając lat 50, 60, 70 – podkreślała Piekarska. Jej zdaniem państwo powinno traktować politykę zdrowotną jak budowanie portfela długoterminowych inwestycji. Część z nich zwróci się dopiero za dekadę, dwie lub trzy.

Tymczasem system ochrony zdrowia funkcjonuje w znacznie krótszych cyklach. Priorytety mogą zmieniać się wraz z kolejnymi kadencjami i sytuacją finansową. Trudniej w takich warunkach konsekwentnie realizować działania, których rezultaty będą mierzalne dopiero za kilkanaście lat.

Na profilaktykę wciąż za mało

Jednym z przykładów jest profilaktyka. Piekarska wskazywała, że w Polsce przeznaczane jest na nią około 1,5 proc. nakładów na zdrowie, podczas gdy średnia dla Unii Europejskiej wynosi około 4 proc. Różnica nie jest wyłącznie statystyczną ciekawostką. Pokazuje, w którym momencie system jest skłonny inwestować pieniądze – czy przede wszystkim wtedy, kiedy choroba już się rozwinęła, czy także wcześniej, kiedy można jeszcze ograniczyć ryzyko jej wystąpienia albo zahamować jej rozwój. – To jest też pewnego rodzaju ilustracja tego, do czego przywiązujemy uwagę – oceniała Piekarska.

Jeżeli celem ma być utrzymanie większej liczby ludzi w zdrowiu przez kolejne dekady, profilaktyka i wczesna diagnostyka stają się więc częścią polityki demograficznej, choć tradycyjnie w ten sposób się o nich nie mówi. Piekarska zwracała też uwagę na rozwiązania, o których w Polsce dyskutuje się od lat, ale nadal nie doczekały się ostatecznego rozstrzygnięcia. Jednym z nich jest większe wykorzystanie medycyny pracy do działań profilaktycznych.

Pracujący Polacy regularnie trafiają bowiem do lekarzy medycyny pracy. Te wizyty potencjalnie mogłyby być okazją do wykonywania lub inicjowania części badań profilaktycznych. Mimo kolejnych debat wciąż nie ma jednak systemowego rozwiązania, które w pełni wykorzystywałoby ten kontakt.

Dłużej pracować? Najpierw trzeba móc

Zdrowie jest szczególnie ważne w kontekście kolejnego rozwiązania coraz częściej pojawiającego się w debacie o demografii – wydłużania aktywności zawodowej. Prezes ZUS dr Liwiusz Laska zwracał uwagę, że wielu Polaków nadal nie zna zasad działania systemu emerytalnego ani nie wie, jak duże znaczenie dla przyszłego świadczenia ma moment przejścia na emeryturę.

Według danych przytoczonych podczas debaty stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do wcześniejszych zarobków, ma w kolejnych dekadach spadać. Obecnie wynosi około 50–55 proc., w 2040 r. ma znaleźć się w okolicach 45 proc., a w 2080 r. może wynosić około 25 proc. Z punktu widzenia wysokości indywidualnego świadczenia późniejsze przejście na emeryturę daje kilka korzyści jednocześnie: oznacza dalsze odprowadzanie składek, ich waloryzację i krótszy przewidywany okres pobierania świadczenia. – Cały czas zachęcam, żeby dobrowolnie pozostawać dłużej – mówił Laska.

Skala różnicy może być znacząca. Chłoń-Domińczak wskazywała na własnym przykładzie, że między przejściem na emeryturę w wieku 60 i 70 lat prognozowana wysokość świadczenia może różnić się trzykrotnie. Tyle że zachęcanie do dłuższej pracy ma swoje granice. Człowiek może pozostać aktywny tylko wtedy, kiedy pozwala mu na to zdrowie oraz warunki pracy.

Starszy pracownik będzie normą

Wraz ze starzeniem się społeczeństwa zmieniać będzie się również przeciętny pracownik. Na rynek wchodzi coraz mniej młodych osób, a starsze roczniki będą stanowiły coraz większą część zasobów pracy. Zdaniem Chłoń-Domińczak oznacza to konieczność myślenia nie tylko o samym wieku emerytalnym, ale również o produktywności i organizacji pracy.

Część zmian może przynieść technologia. Automatyzacja może ograniczyć obciążenia fizyczne, przejmować część powtarzalnych zadań i umożliwiać starszym osobom dłuższe pozostawanie aktywnymi. Ale potrzebne będą także prostsze zmiany. Badania, na które powoływała się przedstawicielka SGH, pokazują m.in., że pracownicy po 50. roku życia w Polsce odczuwają dużą presję czasu w pracy. Wraz z wiekiem problem narasta. Do tego dochodzą obowiązki opiekuńcze. Część osób po 50. roku życia jednocześnie pracuje i zajmuje się starzejącymi się rodzicami.

Dostosowanie rynku pracy oznacza więc również większą elastyczność i uwzględnienie faktu, że dłuższa aktywność zawodowa nie zawsze może wyglądać tak samo jak praca trzydziestolatka. – Musimy zastanowić się, w jaki sposób poprawić warunki, żeby ludzie chcieli, lubili i mogli dłużej pracować – wskazywała Chłoń-Domińczak.

AI może częściowo wypełnić demograficzną lukę

Jeżeli pracowników będzie mniej, drugim sposobem radzenia sobie z luką jest zwiększanie produktywności tych, którzy pozostaną na rynku. Cierpiał-Wolan zwracał uwagę, że Polska ma w tym obszarze duże rezerwy. Według danych GUS około 22 proc. polskich przedsiębiorstw wykorzystuje sztuczną inteligencję, podczas gdy w części krajów skandynawskich odsetek przekracza 50 proc. Automatyzacja, robotyzacja i AI mogą więc częściowo rekompensować niedobór pracowników. Nie w każdym sektorze będzie to jednak możliwe.

Papka wskazywała, że w gastronomii technologia może poprawiać efektywność, ale nie zastąpi wszystkich ludzi. Częścią modelu biznesowego pozostaje bowiem bezpośredni kontakt z klientem. – Potrzebujemy rąk do pracy. I tych rąk do pracy szybko robotami nie zastąpimy – mówiła. Dlatego przedsiębiorcy równolegle wskazują na migrację.

Bez cudzoziemców luka byłaby większa

Cudzoziemcy już dziś uzupełniają część braków kadrowych w polskiej gospodarce. Zdaniem Papki bez nich wiele sektorów miałoby poważny problem z obsadzeniem stanowisk, szczególnie w dużych miastach. Z punktu widzenia firm istotna jest jednak nie tylko możliwość zatrudniania migrantów, lecz również przewidywalność zasad. Pracodawcy potrzebują wiedzieć, kto może legalnie pracować w Polsce, na jak długo otrzyma pozwolenie i ile potrwa procedura. Jeżeli na dokumenty trzeba czekać kilka miesięcy, przedsiębiorstwo może mieć problem nawet z zaplanowaniem otwarcia nowej placówki.

– Nie wiemy, czy będziemy w stanie otworzyć restaurację, bo nie wiemy, czy będziemy mieli ludzi – wskazywała Papka. Migracja może więc zmniejszać presję wynikającą z demografii, ale sama jej nie zlikwiduje. Podobnie jak automatyzacja czy wydłużanie aktywności zawodowej jest tylko jednym z elementów odpowiedzi.

Jeden pacjent, kilka osobnych rachunków

W debacie pojawił się jeszcze jeden problem: państwo nie zawsze patrzy na koszty choroby jako na całość. Pacjent, który zachoruje, może generować wydatki w kilku systemach jednocześnie. NFZ finansuje leczenie i rehabilitację. ZUS ponosi koszty świadczeń związanych z niezdolnością do pracy. Pracodawca mierzy się z absencją. Gospodarka traci część produktywności. Każda z tych instytucji może jednak patrzeć przede wszystkim na własny budżet.

Prezes ZUS wskazywał, że Fundusz finansuje rehabilitację po to, aby pacjent odzyskał zdrowie, podczas gdy dla ZUS kluczowe jest, aby wrócił również do pracy. W praktyce cele są ze sobą związane, ale sposób finansowania świadczeń nie zawsze to odzwierciedla. – Można zaoszczędzić złotówkę na świadczeniu, a z kolei ZUS będzie musiał wydać dziesięć na zasiłek – mówił Laska.

Z perspektywy całych finansów publicznych droższe, ale szybsze i skuteczniejsze leczenie osoby w wieku produkcyjnym może więc w niektórych przypadkach okazać się tańsze niż pozorna oszczędność w budżecie jednej instytucji. To również pokazuje, dlaczego odpowiedź na kryzys demograficzny nie może być zadaniem jednego resortu.

Demografia nie mieści się w jednym ministerstwie

Zmniejszająca się liczba urodzeń jest problemem polityki rodzinnej. Kurczące się zasoby pracy – gospodarki i rynku pracy. Rosnąca liczba seniorów wpływa na system emerytalny i opiekę długoterminową. A stan zdrowia pracowników na ochronę zdrowia. Migracja wymaga jeszcze innego zestawu decyzji. Cierpiał-Wolan wskazywał, że potrzebny jest spójny, wielowymiarowy system, który będzie wychodził poza „Polskę resortową”. Jego zdaniem właśnie brak współpracy między instytucjami utrudnia budowanie długoterminowej odpowiedzi.

W krótkiej perspektywie można zwiększać aktywność zawodową, wykorzystywać migrację, automatyzację i nowe technologie. W dłuższej natomiast próbować tworzyć warunki sprzyjające decyzjom o posiadaniu dzieci. Prezes GUS zwracał też uwagę na Polaków mieszkających za granicą. GUS wspólnie z MSZ przygotowuje badanie polskiej diaspory, które ma pomóc lepiej poznać tę grupę i potencjalnie tworzyć rozwiązania zachęcające do powrotu. Żadne z tych działań nie da jednak szybkiego odwrócenia trendu.

Tego procesu nie da się już zatrzymać

Zmiana demograficzna ma jedną cechę, która odróżnia ją od wielu innych kryzysów: jest w dużej mierze przewidywalna. Wiemy, jak liczne są dzisiejsze roczniki dzieci i młodzieży, a więc ilu potencjalnych pracowników będzie wchodziło na rynek w kolejnych latach. Wiemy również, jak liczne grupy będą osiągały wiek emerytalny.

– Zmiana demograficzna jest nieunikniona. Musimy się do niej przygotowywać jak najszybciej, zarówno jako społeczeństwo, ale także jako jednostki – mówiła Chłoń-Domińczak. Dlatego dyskusja o demografii nie może sprowadzać się wyłącznie do pytania, jak zwiększyć dzietność. Nawet skuteczna polityka rodzinna nie dostarczy gospodarce nowych pracowników w ciągu kilku lat. Dziecko urodzone dzisiaj wejdzie na rynek pracy dopiero za około dwie dekady. Do tego czasu Polska będzie musiała lepiej wykorzystywać zasoby, które już ma.

Oznacza to większą produktywność, wykorzystanie technologii, mądrą politykę migracyjną, aktywizację osób, które mogą wrócić na rynek, oraz tworzenie warunków pozwalających starszym pracownikom pozostać na nim dłużej. Ale wszystkie te rozwiązania mają wspólny warunek: człowiek musi być wystarczająco zdrowy, żeby z nich korzystać. Dlatego zdrowie przestaje być w tej dyskusji wyłącznie sprawą pacjenta i ochrony zdrowia. Staje się jednym z zasobów gospodarki.