Reklama

"Wieża. Jasny dzień" - sceny, które niepokoją i zachwycają

Kolejny intrygujący debiut w polskim kinie: oryginalna „Wieża. Jasny dzień" Jagody Szelc już na ekranach.

Anna Krotoska (Mula) Laila Hennessy (Nina).

Foto: Against Gravity

– Jak wieje wiatr, to duchy wyłażą – mówi ktoś w „Wieży. Jasnym dniu". Szum wiatru w filmie Jagody Szelc słychać często. Ale najpierw kamera obserwuje samochód, który sunie drogą wijącą się wśród lasów. Potem wysiada z niego mężczyzna z żoną i dwójką dzieci. I druga kobieta, jego siostra, jakby onieśmielona, wyciszona. Kaja wraca do rodzinnego domu po latach nieobecności. Na komunię siostrzenicy. Na widok dziewczynki przez jej twarz przebiega ledwo zauważalny skurcz. I już wiadomo, że rodzina skrywa tajemnicę.

Prawo do kina artystycznego

Widz pozna ją zresztą od razu, gdy w pierwszej rozmowie gospodyni, Mula, postawi Kai warunki: „Po pierwsze nikomu we wsi nie powiesz, że jesteś jej matką. Jej nie będziesz nawet sugerować tego w rozmowie. Po drugie nie zostaniesz z nią sama. Po trzecie zachowuj się normalnie. Nie będziesz opowiadać o tym, co robiłaś przez sześć lat".

Opiekunem filmu Jagody Szelc był rektor łódzkiej Filmówki Mariusz Grzegorzek, artysta osobny, o olbrzymiej wyobraźni. Szelc w wywiadach mówi, że to on stale jej przypominał, iż robi kino artystyczne, może nawet „dla 65 osób" i ma do tego prawo. Powstał obraz oryginalny i bezkompromisowy.

Kondycja współczesnej rodziny była tematem kilku świetnych debiutów ostatnich lat, m.in. „Ostatniej rodziny" Jana Matuszyńskiego, który w historii rodu Beksińskich dostrzegł dramatyczną opowieść o życiu, sztuce, cierpieniu i śmierci, czy „Cichej nocy" Piotra Domalewskiego. Stworzył on mocny, a jednocześnie czuły portret ludzi mierzących się na polskiej prowincji z trudną codziennością, emigracją, własnymi niemożnościami. Szelc też przygląda się rodzinie. I robi to we własnym, intrygującym stylu. „Wieżę. Jasny dzień" trudno zaszufladkować. Ktoś nazwie ten film horrorem, ktoś dramatem obyczajowym, ktoś psychodramą. Ktoś dostrzeże w nim refleksję nad kondycją społeczeństwa.

Zaczyna się niemal jak paradokument. Realistyczne zdjęcia chwilami sprawiają wrażenie obrazów rejestrowanych komórką. Ale w tej zwyczajności, wśród przygotowań do komunii i przypadkowych rozmów toczy się wielki dramat. Na ekranie pojawiają się sygnały, że to nie będzie prosta opowieść, że życia nie da się zaprogramować, bo jest w nim metafizyka, coś, czego nie sposób ogarnąć umysłem i podporządkować trzeźwemu rozumowaniu. Z pozoru ułożony świat „Wieży..." wymyka się spod kontroli. Wiatr wieje. Niesie niepokój. Jakaś scena nagle się cofa. Widzimy ją po raz drugi, z innej perspektywy, jak znak, że Kaja ma swój własny świat.

Reklama
Reklama

Z letargu budzi się stara matka. Wieczorem w ogrodzie, wspominając przyjście na świat Kai, powie: „To był najpiękniejszy dzień mojego życia". To jeden z kluczy do relacji sióstr? Policja kogoś szuka. Kaja zobaczy w lesie uchodźcę – w jego oczach jest ból i strach. Kobieta pójdzie w drugą stronę. Nie wyda go, ale też mu nie pomoże. A ośmioletnia Nina, która od pół roku żyła swoim majowym świętem, spyta nagle: „Po co komu komunia?". Religia okazuje się bezużyteczna dla rozumienia świata, w odpowiedzi Mula zaserwuje jej tylko garść frazesów. Ona sama zresztą jest już kimś innym niż przed przyjazdem Kai. Dotąd pewna siebie i zorganizowana zaczyna tracić kontrolę nad życiem swoim i najbliższych.

Nie możemy być właścicielami świata

– Te dwie siostry są częścią mnie. Mula uważa, że ma na własność dom, rodzinę, miłość, pozycję społeczną. Ale nie możemy być właścicielami świata. Chciałam zrozumieć, co by się stało, gdybyśmy się wszyscy obudzili pewnego dnia z tym przeświadczeniem – mówiła po premierze filmu w Gdyni Szelc.

To tylko jedna z możliwych interpretacji filmu. Bo w „Wieży..." jest całe bogactwo odcieni. Na każdym poziomie. Opowieść o rodzinnym dramacie, depresji, macierzyństwie, ranach nie do zabliźnienia. O wierze, dewaluującej się sile religii, przeznaczeniu. O mroku w człowieku. O kondycji społeczeństwa. A wreszcie o oczyszczeniu. To jest film pełen uważnych obserwacji ludzkich ambicji, tęsknot i pragnień, a przecież jednocześnie odrywający się od rzeczywistości ku metaforze, poezji. Ku czemuś, co trudno zrozumieć i wytłumaczyć racjonalnie.

Jagoda Szelc podpatrując zwyczajne sytuacje, nie podsłuchuje tylko jednej rozmowy. Mula stoi na skarpie i z niepokojem, z daleka, obserwuje rozmowę Niny, Kai i matki. O czym mówią? O pogodzie, budowaniu zamków z piasku? A może o czymś ważnym, co zmienia życie? Ta odpowiedź, jak wiele innych, należy do widza. Podobnie jak interpretacja ostatniej sceny filmu.

Siła osobowości

W „Wieży. Jasnym dniu" czuje się silną osobowość i wyobraźnię plastyczną reżyserki, absolwentki łódzkiej Filmówki, która ma też za sobą studia we wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ale też widać jej umiejętność współpracy z aktorami. Anna Krotoska i Małgorzata Szczerbowska są filmowymi debiutantkami jak Szelc, a w ich kreacjach nie ma nawet jednej fałszywej nuty. Świetne zdjęcia zrobił Przemysław Brynkiewicz: Kotlina Kłodzka widziana przez obiektyw jego kamery ma w sobie piękno, ale też coś nieodgadnionego – zagadkę natury, magię, która współgra z podniesionymi do potęgi uczuciami ludzi. Czasem niesie ukojenie i spokój, a czasem wzbudza strach.

„Wieża. Jasny dzień" wymyka się łatwym ocenom i może w tym właśnie tkwi jej fenomen. Ten obraz intryguje, niepokoi, działa na zmysły i wyobraźnię. I z pewnością głęboko dotknie więcej niż 65 osób, o których mówił Mariusz Grzegorzek. W końcu w życiu niejednego człowieka czasem wieje wiatr. I sprawia, że wyłażą duchy.

Film
Rok Andrzeja Wajdy rozpocznie się 6 marca
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Film
Berlinale 2026: Złoty Niedźwiedź dla „Yellow Letters”
Film
Berlinale: Złoty Niedźwiedź dla mocnych „Yellow Letters” na festiwalu pokaleczonego świata
Film
Berlinale 2026: Pierwsze nagrody rozdane
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama