– Jak wieje wiatr, to duchy wyłażą – mówi ktoś w „Wieży. Jasnym dniu". Szum wiatru w filmie Jagody Szelc słychać często. Ale najpierw kamera obserwuje samochód, który sunie drogą wijącą się wśród lasów. Potem wysiada z niego mężczyzna z żoną i dwójką dzieci. I druga kobieta, jego siostra, jakby onieśmielona, wyciszona. Kaja wraca do rodzinnego domu po latach nieobecności. Na komunię siostrzenicy. Na widok dziewczynki przez jej twarz przebiega ledwo zauważalny skurcz. I już wiadomo, że rodzina skrywa tajemnicę.
Prawo do kina artystycznego
Widz pozna ją zresztą od razu, gdy w pierwszej rozmowie gospodyni, Mula, postawi Kai warunki: „Po pierwsze nikomu we wsi nie powiesz, że jesteś jej matką. Jej nie będziesz nawet sugerować tego w rozmowie. Po drugie nie zostaniesz z nią sama. Po trzecie zachowuj się normalnie. Nie będziesz opowiadać o tym, co robiłaś przez sześć lat".
Opiekunem filmu Jagody Szelc był rektor łódzkiej Filmówki Mariusz Grzegorzek, artysta osobny, o olbrzymiej wyobraźni. Szelc w wywiadach mówi, że to on stale jej przypominał, iż robi kino artystyczne, może nawet „dla 65 osób" i ma do tego prawo. Powstał obraz oryginalny i bezkompromisowy.
Kondycja współczesnej rodziny była tematem kilku świetnych debiutów ostatnich lat, m.in. „Ostatniej rodziny" Jana Matuszyńskiego, który w historii rodu Beksińskich dostrzegł dramatyczną opowieść o życiu, sztuce, cierpieniu i śmierci, czy „Cichej nocy" Piotra Domalewskiego. Stworzył on mocny, a jednocześnie czuły portret ludzi mierzących się na polskiej prowincji z trudną codziennością, emigracją, własnymi niemożnościami. Szelc też przygląda się rodzinie. I robi to we własnym, intrygującym stylu. „Wieżę. Jasny dzień" trudno zaszufladkować. Ktoś nazwie ten film horrorem, ktoś dramatem obyczajowym, ktoś psychodramą. Ktoś dostrzeże w nim refleksję nad kondycją społeczeństwa.
Zaczyna się niemal jak paradokument. Realistyczne zdjęcia chwilami sprawiają wrażenie obrazów rejestrowanych komórką. Ale w tej zwyczajności, wśród przygotowań do komunii i przypadkowych rozmów toczy się wielki dramat. Na ekranie pojawiają się sygnały, że to nie będzie prosta opowieść, że życia nie da się zaprogramować, bo jest w nim metafizyka, coś, czego nie sposób ogarnąć umysłem i podporządkować trzeźwemu rozumowaniu. Z pozoru ułożony świat „Wieży..." wymyka się spod kontroli. Wiatr wieje. Niesie niepokój. Jakaś scena nagle się cofa. Widzimy ją po raz drugi, z innej perspektywy, jak znak, że Kaja ma swój własny świat.