* * * *
Akacje,
reż. Pablo Giorgelli,
Argentyna – Hiszpania 2011,
premiera 24 sierpnia
Fabularny debiut Pabla Giorgelliego otwiera scena ścinania drzew w lesie. Grupa mężczyzn pracuje ciężko przy wyrębie, ścięte drzewa ładowane są na ciężarówkę. Miłośnikom kina argentyńskiego takie otwarcie nieodparcie kojarzy się z filmem „Wolność" (2001) Lisandro Alonso, przedstawiającym dzień z życia drwala. Filmem, który ponownie umieścił tamtejszą kinematografię na światowej mapie.
Większość obrazów podążających w świat za obrazem Alonso dzieliła z nim luźną strukturę fabularną, plebejskich bohaterów i wreszcie zamiłowanie do długich statycznych ujęć. Wszystkie te cechy znajdziemy także w „Akacjach". Giorgelli umiejętnie przywłaszcza sobie tę konwencję, posługuje się nią, jakby była jego własna, celnie dobiera właściwe jej formy dla opowiedzenia swojej historii.
A historia jest bardzo prosta: Rubén, mężczyzna przewożący na ciężarówce drewno z Paragwaju do Buenos Aires, zabiera ze sobą w drogę kobietę z dzieckiem. Jacinta wywodzi się z Indian Guarani. Jedzie do Buenos Aires szukać szczęścia dla siebie i pozbawionej ojca maleńkiej córeczki. Zamieszka u kuzyna, znajdzie (na czarno) jakąkolwiek pracę – i tak da jej to lepszy los niż pozostawanie na paragwajskiej prowincji. Mężczyznę początkowo irytuje pasażerka dołożona z polecenia pracodawcy (matka Jacinty jest u niego sprzątaczką), a jeszcze bardziej ciągle płaczące niemowlę. Stopniowo jednak przyzwyczaja się do ich obecności, zaprzyjaźnia z nimi. W jego stosunku do nich pojawia się przyjaźń, troska, a może i coś więcej. Mężczyzna jest samotny, nie ma rodziny, z synem ostatni raz widział się 10 lat temu – widać, że za jego szorstkością i gburowatymi manierami kryje się potrzeba ludzkiego kontaktu, bliskości.
Wszystko to rozegrane jest w niedopowiedzeniach, półsłówkach. Choć „Akacje" zaliczyć by można do kina drogi, to film jest bardzo statyczny, nie opiera się na figurach ruchu i wielkich przestrzeni. Obserwujemy przede wszystkim wnętrze szoferki ciężarówki, w której podróżują bohaterowie, codzienne czynności (jedzenie, odpoczynek, toaleta) w miejscach, gdzie zatrzymują się na trasie. Tak, jakby w montażu zachowane zostały tylko te sceny, które na ogół wylatują nie tylko z hollywoodzkiego kina drogi.
W tym banale, rutynie i bezruchu reżyserowi oraz świetnie prowadzonym przez niego aktorom (Germán da Silva i debiutująca na ekranie Hebe Duarte) udaje się jednak uchwycić prawdę intymnej międzyludzkiej relacji. Ale i pokazać szerszy, społeczny portret innej Ameryki Południowej – niebiałej, proletariackiej, żyjącej w świecie – niż ta wielkomiejska, niewiele różniąca się od europejskiej klasa średnia, której głos słyszymy na ogół w kinie czy literaturze regionu.