Był legendą brytyjskiego i europejskiego kina. Współpracował z wieloma wybitnymi reżyserami, wyprodukował około 80 filmów, m.in. „Ostatniego cesarza”, „Pod osłoną nieba”, „Małego Buddy”, „Ukryte pragnienia” Bernardo Bertolucciego, a także „Nagiego lunchu” czy „Crash” Davida Cronenberga, „Taboo” Nagisy Oshimy, „Króla Olch” Volkera Schloendorffa, „Brata” Takeshi Kitano, „Polowanie na króliki” Philipa Noyce’a. Współpracował z Jerzym Skolimowskim (przy wyróżnionym Nagrodą Specjalną w Cannes „Krzyku” oraz „Fusze”). Thomas był Brytyjczykiem, ale pracowali z nim twórcami z Europy, Ameryki, Azji.

Reklama
Reklama

„Bucking Fastard” – ostatnia premiera w Wenecji

Wiadomość o śmierci Jeremy’ego Thomasa pojawiła się w ostatnim dniu festiwalu w Wenecji, gdzie w konkursie głównym o Złotego Lwa walczy wyprodukowany przez niego film Wernera Herzoga „Bucking Fastard”. W ubiegłym tygodniu na konferencji prasowej reżyser przyznał, że to właśnie Thomas wpadł na pomysł obsadzenia Kate i Rooney Mara w głównych rolach dwóch sióstr, które działają i mówią jak jedna osoba. Dodał też, że dzięki niemu udało mu się zrealizować pomysł, z którym nosił się od 40 lat.

Jeremy Thomas pracował do ostatniej chwili. Podczas festiwalu w Toronto premierę będzie miał wyprodukowany przez niego nowy film Takashi Miike „Bad Lieutenant: Tokio”. W stadium postprodukcji jest inny obraz wyprodukowany przez Thomasa „Becoming Capa”. 

 Jeremy Thomas między sztuką a biznesem

– Dobry producent to człowiek, który kocha kino i potrafi znaleźć właściwe proporcje pomiędzy sztuką i biznesem – powiedział mi kiedyś w wywiadzie. – Ja należę do tej grupy niezależnych producentów, którzy zaangażowani są w powstanie filmu od początku do końca – od pomysłu aż do dystrybucji. Takich ludzi spotyka się w filmowym świecie coraz rzadziej. Ale dla mnie tylko takie podejście do kina ma sens. 

Nawet w erze cyfrowej utalentowani artyści nie rodzą się na kamieniu

Jeremy Thomas

Mówił, że jego firma bardziej przypomina prywatny butik, a nie supermarket. 

Jeremy Thomas należał do tej grupy starych producentów, którzy wierzyli, że najważniejszy w kinie jest artysta.

– Technologia cyfrowa przynosi w kinie rewolucję. Ale żadna technologia nie zmieni jednego: bardzo trudno jest zrobić dobry film. Nawet w erze cyfrowej utalentowani artyści nie rodzą się na kamieniu. To, co wiąże się z procesem twórczym wcale się nie zmienia. Ciągle trzeba napisać do filmu scenariusz, zaangażować aktorów, zrobić zdjęcia. I w interesujący sposób historię opowiedzieć..

Nawet w erze cyfrowej utalentowani artyści nie rodzą się na kamieniu. Thomas urodził się 26 lipca 1949 r. Jego ojciec wyreżyserował ponad 40 filmów fabularnych, w tym klasyki, takie jak „39 Steps”, a także wiele obrazów z komediowej serii „Doctor”. Jego wuj Gerald Thomas był znany z filmów „Carry On”. Młody Jeremy po skończeniu szkoły pracował w przemyśle filmowym. Zaczynał karierę jako montażysta, ale szybko przeniósł się do pionu produkcyjnego. W połowie lat 70. XX wieku założył w Londynie niezależny dom produkcyjny Recorded Picture Company (RPC). Tam właśnie powstał „Krzyk”  Jerzego Skolimowskiego, który zdobył Grand Prix Jury na Festiwalu Filmowym w Cannes w 1978 r. W 1998 r. Thomas wraz z Peterem Watsonem i Stephanem Mallmannem założył zagraniczną firmę produkcyjną i sprzedażową HanWay Films. 

Czytaj więcej

Koreański film o miłości dedykowany Kieślowskiemu ma szansę na Złotego Lwa

Ale już lata 80. należały do niego. Powstały wówczas m.in. „Wesołych Świąt Panie Lawrence” Nagisy Oshimy (1983), „Zły czas” Nicolasa Roega (1983), „The Hit” Stephena Frearsa. Lata 90. przyniosły Thomasowi przyjaźń z Bernardo Bertoluccim czy Davidem Cronenbergiem.

Kilka lat temu dokumentalista i historyk filmu Mark Cousins zrobił film o Thomasie „The Storms of Jeremy Thomas”. 

Wybitny europejski producent – jak napisali jego bliscy – „zmarł spokojnie w swoim wiejskim domu w Oxfordshire późnym wieczorem w piątek 11 września, otoczony przez rodzinę”.

Zostanie z nami jego wiara w sztukę. Mówił: –  Kino to komentarz na temat ludzkich relacji, ambicji, marzeń. Myślę, że widzowie, świadomie bądź nieświadomie, czerpią z filmów sporo emocji i wiedzy. Nie sposób też nie docenić wpływu, jaki ruchome obrazy mają na naszą wyobraźnię. I nie zabije tego żadna technologia.