Mr Gaga, reż. Tomer Heymann
Gutek Film
To prawdziwa historia Ohady Naharina, słynnego choreografa, autora sukcesów izraelskiej grupy Batsheva Dance Company.
Urodził się w izraelskim kibucu Mirza. Nigdy nie uczył się tańczyć, ale taniec kochał. Jako młody żołnierz zabawiał kolegów w czasie wojny Yom Kippur w 1973 roku. Gdy skończył służbę wojskową Martha Graham ściągnęła go do Nowego Jorku. Nie wytrzymał w jej zespole długo, potem rok spędził w Balecie XX Wieku Maurice'a Béjarta. Ale i stamtąd uciekł, by stworzyć własną grupę taneczną. Do jego zespołu dołączyła też zakochana w Ohadzie znakomita tancerka Mari Kajiwara. Razem pojechali do Izraela, gdy Naharin objął dyrekcję Batsheva Dance Company.
Heymann zrobił film fascynujący. Przepiękny wizualnie. Nie trzeba być znawcą tańca, by choreografia Naharina porwała. Ale równie wciągająca jest tu opowieść o człowieku. O artyście, któremu zdarzało się upadać i podnosić, o życiu, które odbija się w tańcu, o wielkiej twórczej ambicji, o zderzaniu się z rzeczywistością i prawie do wolności. Czasem o polityce i cenzurze wdzierających się w życie twórcy. Ale też o ulotnych emocjach zawartych w sztuce.
Szatan kazał tańczyć, reż. Katarzyna Rosłaniec
Kino Świat
Po „Galeriankach” i „Baby blues” to jest trzeci film Katarzyny Rosłaniec. Historia młodej pisarki, szalonej, wyemancypowanej, nie uznającej konwenansów, a jednocześnie kompletnie zagubionej w życiu. Mam wrażenie, że na ekranie sprawia wrażenie chaosu, nie tylko wizualnego, również myślowego. Bohaterka jest mocno przerysowana, trudno sobie o niej wyrobić zdanie. Rosłaniec zrobiła film o pustce, który sam, niestety, chwilami wydaje się pusty. Ale jest w nim jakiś rytm współczesności, niepokój. Być może też „szatan...” skłoni widza do refleksji na temat życia i tego, co w nim ważne. Artysta ma prawo do nieszablonowości i eksperymentu. Dlatego, choć „Szatan kazał tańczyć” nie przekonuje mnie, mam szacunek dla tej próby zrobienia bardzo osobistego filmu o pokoleniu.