Pierwsze sceny filmu Małgorzaty Szumowskiej dają poczucie harmonii. I nagle w ten poukładany świat wdziera się śmierć.

Najpierw zdycha uwielbiany przez wszystkich pies. Potem na raka umiera matka. A jest to zaledwie początek łańcucha tragedii, z którymi będzie musiała się zmierzyć Julia...

W tym momencie można by się spodziewać konwencjonalnych zachowań – żalu, żałoby. Jednak Julia nie jest gotowa. Za wszelką cenę nie chce dopuścić do siebie myśli o odchodzeniu najbliższych. Jakby pragnęła, by śmierć zniknęła niczym zły sen.

Bawi się do upadłego na imprezach. Uprawia seks z przyjacielem. Wszystko po to, by zapomnieć o cierpieniu, odciąć się od własnych emocji.

Dlatego "33 sceny z życia" mogą budzić opór – nie oferują pocieszenia, nie podsuwają żadnego wzorca, wedle którego można poradzić sobie z traumą. Przeciwnie, pokazują, że w krytycznym momencie wszelkie uniwersalne prawdy są nic nieznaczącymi banałami.

Film powstał na kanwie osobistych doświadczeń reżyserki, co dodatkowo naraża ją na zarzut ekshibicjonizmu. Ale Szumowska nie prezentuje "kawałków z życia", jak sugeruje tytuł. Nie interesuje jej realistyczny dramat!

Autobiograficzne wątki przekształca w dramaturgicznie skondensowany esej filmowy o lęku przed śmiercią wytworzonym przez wielkomiejską cywilizację. Podkreślając zagubienie i bezradność Julii, scena po scenie odziera śmierć z metafizycznego wymiaru. W filmie jest ona niszczącą siłą, która wymyka się racjonalnemu pojmowaniu.