Był pan w Kijowie z misją gospodarczą. Co pan stamtąd przywiózł?
Znaczna część naszych rozmów była poświęcona bezpieczeństwu militarnemu. Odbył się duży panel dotyczący technologii dronowych. Wiemy już, że możemy korzystać z ukraińskich doświadczeń, technologii i know-how. Z kolei polskie firmy mają kapitał oraz gotowość do tworzenia spółek joint venture z ukraińskimi partnerami.
Drugim ważnym obszarem było bezpieczeństwo energetyczne. Na geopolitycznej mapie zależności energetycznych zachodzą dziś dynamiczne zmiany. Polska ma ambicję stać się hubem gazowym dla całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jest to możliwe dzięki wcześniejszym dużym inwestycjom w logistykę sektora gazowego. Rozmawialiśmy z partnerami ukraińskimi o zwiększeniu sprzedaży gazu na rynek ukraiński i widzimy po ich stronie zainteresowanie dodatkowymi dostawami.
Odbyliśmy też dziesiątki rozmów dotyczących współpracy gospodarczej. Jak to w relacjach sąsiedzkich bywa, pojawiły się również kwestie sporne. Ważne jednak, by nie uciekać od tematów trudnych.
Jakie to tematy?
Choćby zakaz eksportu złomu do Polski nałożony przez stronę ukraińską. Mamy też trudną sytuację jednej z polskich spółek we Lwowie. Ta jedna inwestycja może w przyszłości wpływać na postrzeganie Ukrainy jako miejsca do lokowania kapitału. Dlatego wpisaliśmy do protokołu uzgodnień, że sprawa będzie rozwiązywana przez stronę ukraińską.
Można tę wizytę w Kijowie traktować jako forpocztę budowania naszej pozycji w przyszłym procesie odbudowy Ukrainy?
Tak. Już za miesiąc w Gdańsku odbędzie się konferencja poświęcona odbudowie Ukrainy. Wiemy, że będą tam zawierane konkretne umowy, które są obecnie przygotowywane i negocjowane.
Dla mnie równie istotne jest jednak budowanie trwałej obecności polskich firm na rynku ukraińskim. Na Uniwersytecie Kijowskim podpisaliśmy wraz z jednym z polskich think tanków porozumienie o współpracy ekspertów w obszarze energetyki. To może wydawać się działaniem drugorzędnym, ale właśnie takie relacje w długim terminie procentują, budują zaufanie i zwiększają nasze możliwości działania na rynku ukraińskim.
Złożył pan niedawno deklarację, że za dziesięć lat polska gospodarka będzie w top 3, jeżeli chodzi o Unię Europejską. Jak pan chce tego dokonać?
To nie może być wysiłek jednej osoby ani samego rządu. Kluczową rolę odegrają przede wszystkim polscy przedsiębiorcy. Ostatnie prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazują, że w ciągu najbliższych pięciu lat Polska będzie rozwijała się w tempie dwukrotnie wyższym niż średnia dla Unii Europejskiej.
Już dziś nasz głos w Brukseli jest lepiej słyszalny dzięki temu, że jesteśmy w gronie największych gospodarek świata. Chciałbym, aby za dziesięć lat Polska znalazła się w grupie trzech najbardziej wpływowych gospodarek Unii Europejskiej. I mówiąc o wpływie, mam na myśli nie tylko poziom PKB per capita skorygowany o parytet siły nabywczej. Chcę, żebyśmy realnie współkształtowali kierunek rozwoju Unii Europejskiej.
Czy wzmocnienie naszego głosu będzie możliwe, skoro nie jesteśmy w strefie euro?
Oczywiście. Jesteśmy w gronie sześciu największych gospodarek Unii Europejskiej, których ministrowie finansów regularnie się spotykają. Polska jest obecnie dwudziestą–dwudziestą pierwszą gospodarką świata, mimo że nie przyjęliśmy euro. Wielokrotnie podkreślałem, że Ministerstwo Finansów nie prowadzi obecnie prac nad planem wejścia do strefy euro.
A w ciągu tych dziesięciu lat, w trakcie których mamy wejść do top 3, ta dyskusja pana zdaniem powinna się odbyć?
W Polsce nie ma dziś społecznego poparcia dla wejścia do strefy euro. Uważam też, że polityka Rady Polityki Pieniężnej i możliwość samodzielnego kształtowania stóp procentowych są lepiej dopasowane do obecnego cyklu gospodarczego w Polsce, niż byłoby to w przypadku polityki Europejskiego Banku Centralnego.
Jeżeli Polska rozwija się dziś w tempie około 3,5 proc. rocznie, podczas gdy prognoza dla Niemiec na 2026 rok zakłada wzrost PKB na poziomie 0,5 proc., a bezrobocie w Polsce wynosi około 3 proc. wobec 12–13 proc. w Finlandii, to widać wyraźnie, że niezależna polityka monetarna jest dla nas korzystna.
Z drugiej strony, prognoza Komisji Europejskiej zakłada deficyt w 2026 r. na poziomie 6,5 proc. To odwrotny wynik niż siła naszej gospodarki. To się chyba nie spina...
Jesteśmy dziś liderem wzrostu gospodarczego i mamy drugie najniższe bezrobocie w całej Unii Europejskiej. Faktycznie deficyt jest obecnie podwyższony, ale wynika to przede wszystkim ze zwiększonych wydatków na obronność, które sięgają 5 proc. PKB. Gdybyśmy wydawali tyle, ile wynosi średnia unijna, czyli około 3 proc., nasz deficyt byłby niższy o dwa punkty procentowe.
Czy możemy sobie pozwolić na mniejsze wydatki na bezpieczeństwo? Jestem przekonany, że nie. Nie mamy czasu do stracenia.
Co nam da obecność w G20 i zasiadanie przy stole z przedstawicielami największych gospodarek świata?
Nasza obecność w G20 to praktyczne przełożenie zasady „nic o nas bez nas”. Skoro jesteśmy w grupie najszybciej rosnących gospodarek świata i jednym z głównych motorów wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej, to musimy uczestniczyć w podejmowaniu kluczowych decyzji.
Jeżeli dyskusja dotyczy transformacji energetycznej czy deregulacji, stanowisko Polski musi być przy tym stole obecne. Tak było i tak będzie również podczas amerykańskiej prezydencji w G20.
I o czym Polska mówi w trakcie tych spotkań G20?
Mówimy o deregulacji, potrzebie wspierania wzrostu gospodarczego i obniżania cen energii. Gdy Polska zabiera głos w sprawie sytuacji na Bliskim Wschodzie, jasno podkreślamy, że zależy nam na jak najszybszym zakończeniu konfliktu, ponieważ wysokie ceny ropy wzmacniają Rosję i budżet Putina, a tym samym finansują agresję przeciwko Ukrainie.
Wykorzystujemy obecność przy tym stole również po to, by przypominać światu, że za naszą wschodnią granicą trwa wojna.
Jednocześnie aktywnie zabiegamy o udział w pracach kolejnych prezydencji – brytyjskiej i koreańskiej. Niczego nie dostaje się za darmo. Wszystko trzeba sobie wywalczyć. I jako Polacy jesteśmy w tym bardzo skuteczni. Dlatego byłem w Londynie rozmawiać o roku 2027, a do Waszyngtonu poleciałem prosto z Seulu, gdzie rozmawiałem o koreańskiej prezydencji w 2028 roku. Decyzje jeszcze przed nami, ale jestem optymistą.
Powiedział pan kiedyś, że Polska nie chce być już tylko zapleczem usługowym, montownią czy rynkiem zbytu cudzych technologii. Jak zrobić ten krok dalej?
Nadal chcę, by Polska była liderem rynku AGD i dostawcą części dla przemysłu lotniczego czy motoryzacyjnego. To już mamy i tę bazę będziemy dalej rozwijać. Ale potrzebujemy również wejścia poziom wyżej.
Wiemy, jak to zrobić – między innymi poprzez transformację energetyczną prowadzącą do spadku cen energii oraz budowę silnego rynku kapitałowego. Chcemy, by najbardziej zaawansowane technologicznie polskie startupy mogły pozyskiwać finansowanie w Polsce, a nie szukać go wyłącznie za granicą. Największym wyzwaniem pozostaje dziś skalowanie biznesu i chcemy, by odbywało się ono w większym stopniu w oparciu o polski kapitał.
Dlatego działamy zarówno na forum unijnym, szukając porozumienia z największymi gospodarkami, jak i na rynku krajowym, budując silny polski rynek kapitałowy.
Jakie jest pana zdaniem największe zagrożenie dla polskiej gospodarki?
Z pewnością jednym z najważniejszych wyzwań jest sytuacja w Cieśninie Ormuz. Konflikt na Bliskim Wschodzie budzi niepokój i przekłada się na wyższe ceny ropy, gazu, nawozów oraz wielu innych produktów. Na szczęście wpływ tych zjawisk na inflację w Polsce pozostaje na razie ograniczony.