Podczas debaty „Kto zapłaci za rozwój? Nowy model finansowania polskiej gospodarki” liderzy kluczowych instytucji, rynku private equity oraz świata nauki zastanawiali się, co stoi na przeszkodzie, by Polska i Europa stały się liderami innowacji.
Czy polskiemu rynkowi brakuje pieniędzy, czy wartościowych projektów? Andrzej Halesiak, członek rady nadzorczej Polskiego Funduszu Rozwoju, postawił na tę drugą opcję. Przypomniał koncepcję Planu Morawieckiego z 2016 roku, który zakładał skok inwestycji do 25 proc. PKB. Wówczas wynosiły one 20 proc. – Nigdy przez kolejną dekadę nie osiągnęliśmy nawet poziomu wyjściowego 20 proc., a średnia z ostatnich pięciu lat to zaledwie 17 proc. PKB – mówił.
Syndrom ostrożnego rentiera
Lokalne polskie firmy odpowiadają za 25–30 proc. całości inwestycji, firmy z udziałem kapitału zagranicznego – za ok. 35 proc., a reszta, 35–40 proc., przypada na firmy z udziałem państwa i spółki komunalne. W ostatniej dekadzie najbardziej ostrożne pozostawały lokalne krajowe firmy. – Tam wskaźnik relacji wydatków inwestycyjnych do generowanej nadwyżki finansowej, czyli do środków, które można przeznaczyć na inwestycje, spadł w ostatnich pięciu latach do poziomu 45–50 proc. Firmy te nawet nie wykorzystują nadwyżek finansowych, które same generują, nie mówiąc już o zapotrzebowaniu na zewnętrzne źródła finansowania – podkreślał Halesiak. Relacja zewnętrznego zadłużenia firm do PKB spadła z 45 proc. w 2015 r. do 31 proc. w 2025 r. – Udział kredytów dla firm w portfelu banków to dziś 12 proc. To trudno wyobrażalne, ale portfel finansowania gospodarstw domowych jest dwukrotnie większy – mówił przedstawiciel PFR.
Jako jedną z kluczowych przyczyn zachowawczego podejścia przedsiębiorców wskazał „inflację prawa” i gwałtowne zmiany regulacyjne, które wywołały potrzebę przeczekania niepewności. Część firm drastycznie ograniczyła popyt na kredyt zewnętrzny, finansując się głównie z własnych nadwyżek i przechodząc z modelu agresywnego przedsiębiorcy na pozycję ostrożnego rentiera, który zamiast realnych inwestycji wybiera obligacje Skarbu Państwa. Realizują głównie inwestycje odtworzeniowe, rezygnując z dużych projektów rozwojowych.
Jakub Jaworowski, członek zarządu BGK, zwrócił uwagę na gigantyczną nadpłynność sektora bankowego. Banki chcą i mogą finansować biznes, jednak barierą pozostaje brak popytu na kredyty, szczególnie wśród firm średniej wielkości. – Jeśli chodzi o państwowe firmy, w wielu bankach dotykamy już limitów koncentracji, choć zdolność do finansowania jest. Podmioty z udziałem inwestorów zagranicznych z kolei często korzystają z finansowania swoich spółek matek – informował. Sam BGK jako bank rozwoju oferuje szereg instrumentów preferencyjnych, na brak popytu więc nie narzeka. Tylko do obszaru energetyki trafiło w minionym roku ok. 70 mld zł ze środków KPO.
Brakuje europejskiego rozmachu
Silnie wybrzmiał wątek pieniędzy publicznych i funduszy europejskich. Krzysztof Gulda, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, przyznał, że agencja ma wciąż do ulokowania miliardowe kwoty (m.in. 6 mld zł z polityki spójności), jednak wyzwaniem jest jakość zgłaszanych projektów oraz mechanizm „wypierania” trudniejszych środków unijnych przez łatwiejsze dotacje krajowe. – Jeśli firmy chcą korzystać z tego typu finansowania, to muszą się tego nauczyć. W tym agencja pomaga programami takimi jak Granty na Eurogranty, ale chce im pomagać, nie tylko dostarczając na miejscu kapitał w postaci dotacji, ale też oferując pomoc doradczo-ekspercką czy drobne dofinansowanie w pozyskiwaniu funduszy centralnych – mówił.
Niedawno PARP zaczął wdrażać nowy instrument – Fundusz Wsparcia Technologii Krytycznych STEP. Finansowane z niego inwestycje mają wpisywać się w budowę strategicznej niezależności technologicznej i przemysłowej Unii Europejskiej. Oprócz wdrożenia własnych technologii można pozyskać środki na klasyczną inwestycję w fabrykę czy linię technologiczną, jeśli wpisuje się ona w określone w STEP priorytety związane z suwerennością technologiczną Unii. – O ile w projektach krajowych, gdzie głównym kryterium jest podniesienie konkurencyjności na polskim rynku, praktycznie zawsze mamy nadsubskrypcję, o tyle w konkursach takich jak ten, gdzie trzeba się wykazać możliwością włączenia w europejskie łańcuchy dostaw, wypozycjonowaniem się na rynku europejskim, liczba firm, które spełniają kryteria ekonomiczne, jest ograniczona. My wręcz poszukujemy tego typu projektów – mówił.
Perspektywę rynku prywatnego przedstawiła Anna Wnuk, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych. Podkreśliła, że polski rynek private equity i venture capital (stanowiący zaledwie 0,15 proc. PKB) jest wciąż kilkukrotnie mniejszy niż na Zachodzie, ale wykazuje się dużą dynamiką. Fundusze PE/VC skutecznie budują wartość w realnej gospodarce, m.in. finansując transformację technologiczną tradycyjnego przemysłu poza metropoliami i pomagając firmom w procesach sukcesyjnych.
„Cudeniek”, nie cud gospodarczy
Uczestnicy dyskusji podkreślali, że mimo takiej specyfiki rynku, Polska ma za sobą 30 lat spektakularnego sukcesu. Mniejszym optymizmem wykazywał się dr Piotr Maszczyk z SGH, który jest daleki od zachwytu nad „polskim cudem gospodarczym”. – Jesteśmy skuteczni w nadrabianiu zaległości do regionu, który sam zostaje w tyle, czyli do Unii Europejskiej – mówił. – To, co mamy, to raczej „cudeniek” gospodarczy – dodał.
Podkreślał, że inwestycje są wypierane przez konsumpcję, a puls innowacji i nowoczesnej gospodarki bije nie tylko poza Polską, ale i poza Europą. – Nie będzie innowacji bez wspierania nauki, a na naukę nie starcza już niestety pieniędzy – podkreślał. Tymczasem bez istotnego zwiększenia finansowania polskiej nauki nie będzie możliwe przejście z etapu imitacji obcych rozwiązań do fazy wdrażania własnych koncepcji.
Anna Wnuk zaznaczała, że innowacje nie muszą oznaczać spektakularnych inicjatyw. Także firmy usługowe i przemysłowe mogą się transformować i wdrażać nowe, efektywne rozwiązania. – My bardzo lubimy mówić o wielkich pomysłach, wielkich ideach. A często ta innowacyjność i ten wzrost gospodarczy, do którego moglibyśmy doprowadzić, są na wyciągnięcie ręki – oceniła reprezentantka PSIK.
Gdzie szukać optymizmu
Apetyt na ryzyko i zaufanie – te dwa mocno powiązane ze sobą czynniki wskazał jako kluczowe w inwestycjach i rozwoju innowacyjności Andrzej Halesiak. – Potrzebujemy też pobudzić na nowo przedsiębiorczość w Polsce. Najnowsze badania pokazują, że o ile w 2015 roku ponad 20 proc. dorosłych Polaków, którzy nie prowadzili biznesu, brało pod rozwagę możliwość uruchomienia swojej działalności w perspektywie trzech lat, o tyle dziś takie deklaracje wygłasza tylko 3 proc. zainteresowanych – informował. Być może szansą dla Polski będzie rozwój sztucznej inteligencji i nowych technologii cyfrowych. AI to nie tylko automatyzacja, ale innowacyjność. W oparciu o postęp stymulowany przez AI powstawać będą nowe produkty, nowe rynki zbytu, całe nowe branże. Trzeba myśleć już dziś, jak skutecznie i efektywnie wykorzystać nowe możliwości.
Jakub Jaworowski z BGK ocenia, że w Europie jest potencjał do rozwoju innowacyjności, ale tutejsze firmy mają problem ze skalowaniem biznesu i swoich rozwiązań, pozostając daleko w tyle za firmami chińskimi czy amerykańskimi. Z drugiej strony finansowanie w obszarze badań i rozwoju powoli rośnie. – Doprowadziliśmy do odwrócenia relacji, w końcu przedsiębiorcy wydają więcej niż państwo. Jeszcze kilkanaście, dwadzieścia lat temu wydawało się to nierealne. Coś pozytywnego się tu dzieje – mówił Krzysztof Gulda.
Podkreślił, że Europa wciąż kształci najlepsze kadry na świecie – aż 70 proc. osób zatrudnionych w amerykańskich big techach z obszaru AI to absolwenci europejskich uczelni. – Dziś w Polsce nie ma większego problemu z pozyskaniem 2 czy 5 mln zł na pierwszą fazę rozwoju spółki technologicznej. Ale jak trzeba wyłożyć 30 mln euro czy, o zgrozo, 300 mln euro, to takich pieniędzy już nie ma nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Firmy uciekają więc do Stanów Zjednoczonych, montaż finansowy wymaga już zaangażowania kapitału zza oceanu – informował Gulda.
Gospodarka potrzebuje impulsu, by wejść na nowe tory. Skończył się czas prostych rezerw i wzrostu opartego na taniej sile roboczej oraz łatwych, czysto dotacyjnych środkach unijnych. Choć kapitał – zarówno w bankach, funduszach, jak i na kontach prywatnych – fizycznie istnieje, jego uruchomienie wymaga głębokiej deregulacji, stabilności prawa i większej gotowości do podjęcia ryzyka. By stać się prawdziwym liderem innowacji, Polska musi przestać traktować technologię jako koszt, a zacząć widzieć w niej strategiczną inwestycję w suwerenność i globalną konkurencyjność.