Dla "Rzeczpospolitej"
Jan Holoubek
Reżyser, operator filmowy
Znałem Tadeusza Konwickiego od dziecka. Na początku był to po prostu przyjaciel mojego ojca. Dopiero jako dorastający chłopak poznałem jego twórczość i zafascynowałem się Nim.
Moje dojrzałe spotkanie z Konwickim miało miejsce, gdy kręciłem film „Słońce i cień" w 2006 roku. To był dokument o moim ojcu, a Tadeusz był drugim głównym bohaterem. W większości milczącym, ale jednocześnie bardzo istotnym. Może nawet kluczowym dla całego filmu. Byłem pod wrażeniem jego inteligencji, fantastycznego poczucia humoru i zdumiony jego znakomitą kondycją fizyczną. Nie tylko występował w filmie, ale też bardzo nam pomagał w prostych sprawach. Film kręciliśmy w lesie, pętając się z kamerą po krzakach, a Tadeusz cały czas chciał być czynny jako członek ekipy. Nosił lżejsze rzeczy. Miał jeszcze bardzo dużo siły i werwy. Jak mówił, wyniósł to z czasów partyzanckich.
Później byłem operatorem przy filmie dokumentalnym „Co ja tu robię" z 2009 roku, gdzie Tadeusz Konwicki był głównym bohaterem i siłą rzeczy dużo więcej mówił o sobie i wspominał.
Był wspaniałym człowiekiem, niezwykle mądrym i dobrym. Samo przebywanie w jego obecności powodowało, że promieniuje na człowieka jakaś dobra aura. Był mentorem literackim i filmowym.
Z jego książek największe wrażenie zrobiła na mnie „Mała Apokalipsa", czytałem ją w młodości i bardzo mnie poruszyła. Z kolei jego filmy były przesiąknięte niezwykłą, niepowtarzalną atmosferą, taką zaduszkową — pełną melancholii i jakiegoś dziwnego niepokoju.