To bardzo prosta historia. Dwoje ludzi. Przypadkowe spotkanie w hotelu w Wilnie. Mężczyzna jest fińskim DJ-em, ma jeden koncert na Litwie, zaraz leci do Dubaju. Kobieta, starsza od niego, ale wciąż atrakcyjna, jest francuską architektką w podróży służbowej.

Przypadkiem spotykają się wieczorem, włóczą po mieście, piją drinki. Zbliżają się do siebie, zaczynają rozmawiać. Jaako ma małą córkę, którą wychowuje babka, bo żona go opuściła, wyjeżdżając z trenerem jogi na Bali. Caroline od sześciu lat jest w lesbijskim związku, który zaczyna się sypać.

Gdy z powodu chmury wulkanicznej zostają odwołane loty, mają dla siebie jeszcze jeden dzień i jeszcze jedną noc. Kobieta nie ma rezerwacji w hotelu, mężczyzna proponuje, by zatrzymała się w jego pokoju. Ale Mikko Kuparinen nie robi filmu o romansie czy miłości. „2 noce do rana" to film o samotności.

Caroline projektuje poczekalnię lotniska. Podróże samolotami to czekanie. Samotne. Chce więc stworzyć przestrzeń, która zachęcałaby do kontaktu. Do rozmowy. Może sama ma potrzebę bliskości z innym człowiekiem... Podobnie jak Jaako, wiecznie otoczony ludźmi: fanami i rozentuzjazmowanymi nastolatkami tańczącymi w klubach, a jednak w tym wszystkim zupełnie osobny. Pilnujący tylko jednego: żeby zawsze odebrać Skype'a od córeczki. Ale przecież nie jest obok niej na co dzień.

Kuparinen opowiada o takim momencie, kiedy trzeba się zatrzymać i zrobić życiowy rachunek strat i błędów. Powiedzieć sobie, co ważne. Czasem chmura pyłu z wulkanu może zmienić życie człowieka.

„2 noce do rana" nie jest komedią romantyczną z happy endem. Fin niczego nie obiecuje, zostawia otwarte zakończenie. To nie bajka, gdzie na końcu pada zdanie: „I żyli długo i szczęśliwie". To opowieść o jednym momencie w życiu.

Ładny film. Z subtelnie grającą kanadyjską aktorką Marie-Josée Croze, laureatką nagrody dla najlepszej aktorki w Cannes za rolę w „Inwazji barbarzyńców". Warto na chwilę zatrzymać się w biegu i spędzić te dwie noce z bohaterami Kuparinena.