W swoim badaniu sprawdzaliście wizję Polski w 2035 roku widzianą oczami dwóch grup: osób młodych i przedsiębiorców. Co pana najbardziej zaskoczyło? To, jak bardzo ich oczekiwania się różnią, czy przeciwnie, jak wiele mają ze sobą wspólnego?
Mają jednak ze sobą wiele wspólnego, choć są takie napięcia, które pokazują, że mają trochę inną wizję rozwoju. Dla przykładu, dla pracodawców najważniejsze są inwestycje w energetykę. A Zetki zdecydowanie mówią o polityce mieszkaniowej i inwestowaniu w mieszkalnictwo. To jest kluczowe z ich punktu widzenia. Ale na przykład podobnie patrzą na inwestycje w zmianę kwalifikacji. Obie grupy widzą, że rynek pracy się zmienia i w perspektywie dekady nastąpi bardzo duże przyspieszenie tych zmian. To oznacza, że ludzie będą musieli dostosowywać swoje kwalifikacje, a nawet zmieniać zawód. Bo robotyzacja, automatyzacja, częściowo sztuczna inteligencja, mogą wyeliminować niektóre zawody, więc pracownicy będą musieli zmienić swoje kompetencje.
Z badania wynika, że prawie połowa młodych osób (46 proc.), zakłada, że do 2035 roku być może będzie zmuszona właśnie do zmiany zawodu. Czyli pokolenie Z już wchodząc na rynek pracy ma tę świadomość, że ich zawód nie musi być na całe życie.
To dobrze, że ma tę świadomość. Jest coraz więcej danych, badań, prognoz, które pokazują, w jakim kierunku pójdzie rynek pracy – wszystko, co da się zautomatyzować albo zastąpić przez AI pewnie będzie ograniczane. Natomiast z drugiej strony będą powstawać nowe zawody, gdzie inżynier czy technik będzie musiał lepiej współpracować cyfrowo z robotami czy ze sztuczną inteligencją. Będą to także zawody nastawione na bardziej osobiste usługi, takie jak opieka zdrowotna czy fizjoterapeuci, ale też różne formy doradztwa. I dobrze, że Zetki dostrzegają tę perspektywę. Co ciekawe, obie grupy mówią jednym głosem: chcemy, aby państwo zbudowało model wspierania tej zmiany.
Obie strony mówią, że to państwo powinno finansować te zmiany czy też przekwalifikowanie związane z ze sztuczną inteligencją. Ale firmy zdecydowanie częściej niż młodzi wskazują również na odpowiedzialność pracodawcy. Kto w takim razie powinien zapłacić za tę wielką zmianę?
Badania pokazują jednoznacznie, że pierwszym wyborem i Zetek, i pracodawców jest państwo. Ale ciekawy jest ten drugi wybór, bo przedsiębiorcy mówią: niech Zetki przekwalifikują się na swój koszt, a Zetki mówią: niech pracodawcy pomogą nam w przekwalifikowaniu. Więc powiem tak – rola państwa jest nieoceniona, także dlatego, że przedsiębiorcy już dzisiaj tworzą tzw. Fundusz Pracy. To jest, przypomnijmy, prawie 15 mld zł, które są wydawane na walkę z coraz bardziej nieistniejącym bezrobociem. Te pieniądze powinny być przeznaczone na zbudowanie modelu, który będzie wspierał możliwość podnoszenia lub zmiany kwalifikacji, ale już w innym układzie. Bo zmieni się też istota ryzyka, z którym będziemy mieli do czynienia. Chodzi o to, że osobie, która ze względu na zmiany związane z transformacją technologiczną będzie musiała zmienić zawód, trzeba w tym pomóc. Czyli na przykład przez 6 miesięcy będzie musiała pracować nad dostosowaniem kwalifikacji czy ich zmianą, ale równocześnie będziemy musieli zapewnić jej jakąś formę wsparcia finansowego, coś w rodzaju stypendium szkoleniowego na czas przerwy w zatrudnieniu związanej z podnoszeniem kwalifikacji. To jest nowe ryzyko socjalne, które musimy zdefiniować. W książce z 2022 roku „Od cyfryzacji i robotyzacji do sztucznej inteligencji. Wyzwania dla gospodarki i rynku pracy” nazwałem to ryzyko i pokazałem, w jaki sposób prawie bezkosztowo moglibyśmy na nie odpowiedzieć właśnie dzięki przedefiniowaniu środków z Funduszu Pracy.
Czy państwo jest gotowe na to wyzwanie?
Przede wszystkim państwo musi je potraktować bardzo poważnie. Ma instrumentarium, którego wykorzystanie pozwoli odpowiedzieć na to wyzwanie bez szoków finansowych czy to po stronie pracodawców, czy to po stronie pracowników, i lepiej gospodarować tymi środkami, które już dziś są w budżecie Funduszu Pracy.
-not. jer