Reklama
Rozwiń
Reklama

Autostopem do Watykanu

400 złotych – tyle kosztowało miejsce w autokarze do Rzymu na pogrzeb Jana Pawła II. Nie było nas na to stać. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy autostopem. W jedną stronę jechaliśmy ze szmuglerem narkotyków, w drugą – ze słuchaczami Radia Maryja

Publikacja: 02.04.2010 03:03

Uroczystości pogrzebowe Jana Pawła II przyciągnęły do Rzymu tłumy pielgrzymów z Polski

Uroczystości pogrzebowe Jana Pawła II przyciągnęły do Rzymu tłumy pielgrzymów z Polski

Foto: Fotorzepa, Maciej Skawiński MS Maciej Skawiński

Red

Co robisz? – zapytałem brata, który wyrwał mnie ze snu, gdy mknęliśmy austriacką autostradą. Konrad rękawem z zapamiętaniem wycierał klamki samochodu. – Cicho bądź i pomóż mi – odpowiedział, a ja bez namysłu zacząłem wycierać drzwi od swojej strony. – Co robimy? – byłem ciekaw. – Wycieramy nasze odciski palców – usłyszałem. – Dlaczego? – Bo oni szmuglują narkotyki, a ja nie chcę skończyć w austriackim więzieniu. – Zwariowałeś! – Cicho siedź i słuchaj – Konrad popatrzył na kierowcę i siedzącą obok niego dziewczynę. Drugi kierowca i zarazem właściciel pojazdu spał w przyczepie ze swoim psem. – Właśnie mijamy Wiedeń. Powiemy, że mamy tutaj ciocię i wysiądziemy – zakomenderował szeptem Konrad.

[srodtytul]Granaty pod nogami[/srodtytul]

Jest taki bar za Nadarzynem pod Warszawą, którego parking idealnie nadaje się na łapanie okazji. Na dotarcie do Watykanu mieliśmy dwa dni. Powinno wystarczyć. Konrad machał do pędzących aut dyktą z napisem VATICANO. Ja stałem z napisem ROMA. Jak na zawołanie zatrzymał się samochód dostawczy z przyczepą. Konrad pobiegł pierwszy. – Oni jadą do Kolonii – krzyknął. – Dobra. Jedziemy – zadecydowałem, zakładając, że trzeba ruszyć z miejsca, a potem pomyśleć co dalej. Dosiedliśmy się do siedzącego z tyłu Zbyszka, który jechał jako kierowca zmiennik. Prowadził Adam, właściciel pojazdu, a obok siedziała Andżelika. Była też suczka pitbulla z cieczką, co, jak się później okazało, było dosyć istotne. Chwila rozmowy i już wiedzieliśmy, że jadą do Bolonii, a nie Kolonii. Jechali, by handlować militariami. Blondynka do obsługi stoiska.

Do Bolonii! Wspaniała wiadomość. Stamtąd przecież do Rzymu niedaleko. Mamy szczęście. Rozejrzałem się po wnętrzu. Nic szczególnego. No, może tylko tyle, że pod nogami mam hełmofon nurka z drugiej wojny światowej, z drugiej strony rozbrojone granaty, jakaś amunicja, gdzieś walający się stary niemiecki pistolet. A dookoła mnóstwo prasy matrymonialnej z anonsami erotycznymi.

[srodtytul]Dziwny postój[/srodtytul]

Reklama
Reklama

Pierwsze wątpliwości narodziły się przy granicy czeskiej. Zanim jeszcze do niej dojechaliśmy, Adam zaczął nawoływać kogoś przez CB radio. Spotykamy się na parkingu. Ten ktoś prowadzi także transita. Herbata, krótka rozmowa i ruszamy razem. On pierwszy, my za nim. Na granicy celnicy każą otworzyć tego drugą furgonetkę. W środku nic nie ma. Adam trzyma się dziwnie daleko od, bądź co bądź, znajomego. Mam nawet wrażenie, że wszyscy poważnieją. Gdy wyjaśniamy strażnikom granicznym, że jedziemy na pogrzeb Jana Pawła II, puszczają nas bez dodatkowych pytań. Na granicy austriacko-czeskiej to samo.

O drugiej w nocy zjeżdżamy kilka kilometrów dalej na ogromny parking z restauracją. Odpoczynek – myślę. Ale nie. Mijamy parking i wjeżdżamy w boczną dróżkę. Stajemy w polu. – Pies musi się wybiegać.

Porzucajcie jej patyk – proponuje właściciel samochodu. – OK. Rzucamy patyk, gdy podjeżdża czarne BMW. Wychodzą potężnie zbudowani mężczyźni, łyse łby. – A ci co tu robią? – wskazują na nas. – Pielgrzymi, jadą do Jana Pawła II – wyjaśnia Adam. – Dobra, gdzie to jest? – pyta jeden z nich. Bawię się z psem i kątem oka obserwuję, jak podchodzą do pustego furgonu i wyciągają z niego koło zapasowe. Wsadzają na to miejsce inne koło.

Łysi zabierają też gaśnicę. W zamian właścicielowi dają gruby plik banknotów. Ten przelicza. Odlicza kilka tysięcy złotych i daje kierowcy pustego auta dostawczego. Żegnają się i ten wraca do Polski. Łysi też znikają.

[srodtytul]Weseli górale[/srodtytul]

Konrad, jeżeli nawet tu były narkotyki, to już ich nie ma, możemy więc spokojnie jechać – szepczę do brata, starając się sobie przypomnieć, gdzie mogłem jeszcze zostawić odciski palców. – Wychodzimy – odpowiada. – Nigdzie nie idziemy. Dojedziemy do Bolonii i już. Nic się nie stanie. – Jeżeli coś będzie, to twoja wina i wtedy cię w tym więzieniu zabiję. – Nie przesadzaj. My nic nie wiemy. Kładź się spać.

Reklama
Reklama

Oczywiście nie spaliśmy już całą noc. Podrzucili nas do punktu opłaty za przejazd autostradą. Zbyszek na pożegnanie wyściskał nas i ze wzruszenia się popłakał. Prosił, byśmy się za niego pomodlili. Obiecaliśmy mu to.

– Wymiana koła i gaśnicy w środku austriackiego pola, pies z cieczką dla zmylenia psów na granicy, dwa samochody, a nawet my, dla zmyłki. Jak myślisz, co to mogło być? – krzyczy mój brat. – Może jakieś nielegalnie wykopane militaria? – Głupi jesteś.

Nic już nie mówię i wyciągam rękę, by zatrzymać samochód do Rzymu. Nie jest to trudne. Co drugi samochód przejeżdżający przez bramkę ma flagę Polską. Po chwili siedzieliśmy w jednym z nich. Trójka górali jedzie pożegnać swojego człowieka na Piotrowym tronie. Wyposażeni w sześć koszy: pieczone kurczaki, potrawki z wołowiny, jagnięciny, grube jagodzianki, ciastka, ciasteczka. Mnóstwo soków, herbat i kaw. Starczyłoby dla pułku wojska, a to wszystko na trzy dni dla trzech wesołków. Wesołków? Wieść, że jesteśmy z płaskiego Mazowsza, a dokładniej z Warszawy, tak ich rozbawia, że już do końca opowiadają dowcipy na temat stolicy.

[srodtytul]Modlitwa za modlitwą[/srodtytul]

Tłumy ogromne. Na plac św. Piotra, niestety, nie mamy szans się dostać. We mszy świętej uczestniczymy za pośrednictwem jednego z wielkich telebimów. Zaraz po mszy musimy wracać do domu. Ktoś radzi podjechać na wielki parking autokarów tuż pod Rzymem i tam zapytać. Tak robimy, ale po pięciu godzinach chodzenia od autokaru do autokaru nie znajdujemy nawet jednego wolnego miejsca. Jedynie Orbis ma wolne miejsce, ale życzy sobie trzysta złotych od osoby. Już prawie bez nadziei podchodzimy do ostatniego autokaru. – Mamy dwa miejsca, ale to fotele, na których odpoczywają kierowcy. Gdybyśmy wam je oddali, oni gnieździliby się bardzo niewygodnie na dwóch przednich siedzeniach – usłyszeliśmy odpowiedź. – To może zabraliby państwo nas do najbliższej stacji benzynowej na autostradzie. Tam sobie poradzimy. Stąd się nie wydostaniemy – przekonujemy. – No dobra. Wskakujcie.

Na całe szczęście, gdy tylko ruszamy, zaczyna lać. Leje aż do najbliższej stacji benzynowej. W tym czasie zdążamy się zaprzyjaźnić z kierowcami i pilotem wycieczki. Pozwalają nam jechać do Zielonej Góry.

Reklama
Reklama

Przewodnik przez mikrofon opowiada wycieczce o miejscach, które mijamy. Nagle słychać tupot. Z samego końca autokaru przybiega jakaś dama. Przejmuje zdecydowanie mikrofon od pilota, siada na stopniu i zaczyna: – Proszę państwa to teraz koronkę do miłosierdzia bożego wspólnie odmówimy. Odmawiamy koronkę. Jest już późno, przysypiamy. Ale około północy tupot nóg się powtarza. Głos tej samej kobiety. – To teraz czas na różaniec. – O co chodzi? – pytamy po cichu pilota. – Chłopcy, wieziemy słuchaczy Radia Maryja. Modlimy się jeszcze raz tuż przed świtem, potem około godziny 8 rano i w ciągu dnia jeszcze kilka razy. Tyle modlitw w tak krótkim czasie nie zmówiliśmy jeszcze nigdy. Ale w końcu jakoś trzeba było podziękować Temu, który nad nami czuwał podczas tej podróży.

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Ekonomia
Polscy liderzy w Davos w czasie Światowego Forum Ekonomicznego
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama