Całkiem niedawno spacerowałam w brzuchu Tierieszkowej. Obok defilowały modelki w strojach przywodzących na pamięć „2001: Odyseję kosmiczną” Kubricka i „Barbarellę” Vadima. Nie, to nie był sen. Naprawdę weszłam do środka pierwszej kosmonautki – w londyńskiej galerii Nottingham Contemporary.

[srodtytul]Wala nie nawala[/srodtytul]

Tam właśnie, w gigantycznej hali, umieszczono wielokrotnie powiększoną kopię skafandra, w którym dzielna Wala ruszyła na podbój kosmosu. Uszyty z kremowego spadochronowego płótna, zapinany na czarne zamki błyskawiczne, z czarnymi wykończeniami. Bardzo elegancki strój.

Rekonstrukcji dokonała para polskich artystów mieszkających w Nowym Jorku: Christian Tomaszewski i Joanna Malinowska. Żeby odtworzyć kombinezon, musieli odwalić niemal detektywistyczną robotę w różnych archiwach. Dzieło miało premierę w ubiegłym roku, w 40. rocznicę pierwszego „spaceru” człowieka na Księżycu (nie muszę przypominać – sukces amerykański).

Rocznica wydarzenia stała się inspiracją dla duetu Tomaszewski/Malinowska, za sprawą tej pracy zaproszonych do udziału w wystawie „Star City. Komunistyczna fantastyka naukowa”. Pokaz w Nottingham Contemporary wpisany do programu Polska! Year na Wyspach Brytyjskich przywoływał aurę czasów zimnowojennych, ze szczególnym uwzględnieniem końca lat 50. i następnej dekady.

Jak z dzisiejszej perspektywy postrzegany jest ówczesny wyścig „kto pierwszy do gwiazd”? W jaki sposób przekładał się na sztukę i popkulturę (filmy, komiksy!), a zwłaszcza – modę?

Tomaszewski i Malinowska odtworzyli autentyczne stroje z „kosmicznej” epoki, dodając nowe kreacje wariacje na temat radzieckiej kosmonautyki i filmów s.f., zdiełanych w Kraju Rad.

Show z modelkami odbył się wewnątrz skafandra Tierieszkowej. Rozbawiła mnie czerwona sukienka mini, ponaszywana… gałkami ocznymi. No, nie prawdziwymi, lecz imitacjami z piłeczek pingpongowych. Ale realistycznie odtworzone tęczówki i czerwone żyłki robiły wrażenie!

Natomiast czymś zupełnie zwyczajnym wydały się płaszczyki przeciwdeszczowe z przezroczystego PCV. Tymczasem pół wieku temu to była rewelacja techniczna i rewolucja obyczajowa. Helmut Newton miał czelność sfotografować w takim deszczowcu nagą modelkę. Teraz nie było skandalu. Z obojętnością widzowie przyjęli też tkaniny z metalicznym połyskiem i kreacje z surowców stosowanych w lotach międzyplanetarnych.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Ach te magazyny"

Silniki boomu pracują pełną parą - rynek będzie rósł z uwagi na dalszy rozwój logistyki i e-commerce

OGLĄDAJ RELACJĘ

W połowie lat 60. sukienki ukute z aluminiowych płytek Paco Rabanne wydawały się szczytem kosmicznego odlotu. A Jane Fonda jako Barbarella, zakuta w gwiezdny gorset, uchodziła za wzorzec urody kobiety przyszłości. Futurologiczna moda kojarzyła się z metalicznym blaskiem, tworzywami sztucznymi i aerodynamicznymi kształtami.

[srodtytul]Rakietą w tradycję[/srodtytul]

W księgarni londyńskiej Victoria & Albert Museum natrafiłam na wydany przed rokiem album „Fear and Fashion in the Cold War”. Jak zapowiedź tego, czym dziś inspirują się projektanci.

Nietrudno zauważyć, że efektem lotów kosmicznych Gagarina (1961 r.) i Tierieszkowej (1963 r.) okazał się przewrót w modzie. Pulchne, piersiaste panny lat 50. – jak choćby supergwiazdy Marilyn Monroe, Liz Taylor, Sophia Loren – w następnej dekadzie gwałtownie wyszczuplały. Straciły kobiecość, zyskały dziewczęcość. A nawet – dziewiczość. Kobiecą kokieterię i podkreślanie dobrze rozwiniętych kształtów uznano za anachronizm. Nade wszystko swoboda ruchów! Więc kunsztownie konstruowane staniczki i obfite halki – na strych. Zamiast tego – proste, workowate sukienki; spodnie, najlepiej elastyczne; kombinezony; na głowę wariacje na temat kasku. Bo w kosmosie (jak to sobie wyobrażano) będzie obowiązywał sportowo-dynamiczny, androgyniczny wygląd. Focus na oczy, przepastne jak galaktyka, okrągłe jak latające talerze, powiększone sztucznymi rzęsami. Uosobienie piękna: Jean Shrimpton, a nade wszystko Twiggy, Twiggy, Twiggy!

Marzenia o cybercywilizacji napędzały kreatywność modowej awangardy tamtej epoki: André Courreges’a, Pierre’a Cardina, wzmiankowanego Paco Rabanne’a i mało u nas znanego Rudiego Gernreicha, Austriaka mieszkającego w USA. Do tego top towarzystwa można jeszcze dodać Mary Quant, wynalazczynię mini, stylistycznie zapatrzoną na projekty Courregesa – z tym że jej bardziej chodziło o wygodę niż futurystykę. I Yves Saint Laurenta, lansującego beatnik-look: krótkie skórzane kurtki, wysokie buty, spodnie, a nawet bermudy dla pań. Żeby dodać kobietom pewności siebie, wyrównać ich szanse z mężczyznami, otworzyć na „męskie” zawody.

Jeśli komuś lot na Księżyc wydawał się zbyt śmiałym planem, mógł/mogła pokusić się o coś bliższego, w zasięgu kursów samolotowych. To wtedy karierę zrobiła piosenka Gilberta Bécaud „Niedziela na Orly”, oddająca powszechne tęsknoty za podróżami. W najbardziej zminimalizowanej wersji przejawiały się pod postacią namiętności do jedno- i dwuśladów. Modelki fotografowano wsparte na karoseriach limuzyn lub – co było bardziej młodzieńcze – na motorach. Vespa to pojazd tamtych czasów.

Ta motorowa moda dotarła nawet do Polski – na retrospektywnej wystawie Tadeusza Rolke wypatrzyłam serię ujęć z vespą jako główną atrakcją. Motor, własność Eustachego Kossakowskiego, drugiego fotografa magazynu „Ty i ja”, był podówczas dobrem bezcennym, nadającym ujęciom „nowoczesny” sznyt.

Popatrzmy na damski ideał drugiej połowy lat 60. Głowa: gęsta chłopięca grzywka, z tyłu fryzura krótko podcięta. Nogi: w rajstopach (wynalazek 1960 roku!) lub obcisłych elastycznych spodniach; stopy w botkach na płaskim obcasie albo w wygodnych pantoflach o kwadratowych noskach. Sylwetka narysowana liniami prostymi. Sukienki i spódniczki o kształtach trapezu lub jak kto woli litery A. Bioder i biustu brak. W fasonach jak najwięcej prostoty. Geometria w kroju, ozdobach, deseniach. Najczęściej – gładkie kolory, zestawiane kontrastowo.

Ale uwaga! Czołowi projektanci lat 60. nie wzięli się z kosmosu. Mieli antenatów w osobach radzieckich konstruktywistów i kobiet-projektantek, które na ogół działały krótko i szybko zostały zapomniane. Cóż, Kraj Rad nie był rad kobietom odrzucającym ubraniowe (i nie tylko) konwenanse. Teraz odgrzebuje się ich dokonania – więc przypomnę te najwybitniejsze: Sonia Terk-Delaunay, Warwara Stiepanowa, Aleksandra Ekster. Tak naprawdę, to one stworzyły modę XXI wieku.

[srodtytul]Księżyc za żelazną kurtyną[/srodtytul]

W Polsce i w innych krajach socbloku, cała ta modowo-rakietowa awangarda plasowała się dalej niż w kosmosie – w sferze marzeń. Nieliczna grupa światowców, takich jak wspomniani fotografowie (Rolke, Kossakowski) i inni artyści, to była elita. Bo choć zarabiali niewiele, mieli kontakt z Zachodem…

Niedawno pojawił się w księgarniach album Jana Morka „Fotografie z PRL-u”. Robił zdjęcia ponad cztery dekady, rejestrował oficjałki i zwyczajne życie.

Zwróciłam uwagę na stroje rodaków z czasów Barbarelli – ani śladu awangardy. W obiektywie Morka pojawiają się młodzi z różnych środowisk, także artystycznych. Panny w pantoflach na ciężkim słupkowym obcasie. Owszem, noszą mini, ale widać, że z tkanin fatalnej jakości. Proste spódniczki dopełniają bluzki koszulowe albo ściągaczem dziane sweterki, często w poprzeczne pasy. W chłodniejsze dni – workowate płaszczyki prochowce. Panowie obowiązkowo w szetlandach, z wyłożonymi kołnierzykami koszul plus sztruksowe spodnie. Wszyscy wyglądają skromnie, nie tylko ze względu na ubóstwo ubioru. Zachowują się powściągliwie. Widać – oni tak mają w głowach. Sexy look jeszcze nie był na topie. Publiczne manifestowanie uczucia – także nie.

Zimnowojenne wojny gwiezdne dawno się skończyły, gdy tymczasem wyrosło nowe pokolenie marzące o wyprowadzce z Ziemi na inną planetę lub Księżyc. Jeśli nie w rzeczywistości, to wirtualnie. Niektórzy są zdania, że obecna sytuacja – rozchwianie ekonomiczne, niezadowolenie z warunków życia, rozziew w warunkach bytowych oraz buzujący sprzeciw wobec grup trzymających władzę – przypomina aurę połowy lat 60.

Mam wrażenie, że powodów zainteresowania epoką sprzed pół wieku jest więcej. I że są to przyczyny mniej prozaiczne, a bardziej artystyczne.

Wielu kinomanom namieszał w głowach sukces „Avatara”. Niektórzy widzowie po obejrzeniu tego megaprzeboju wpadali w depresję, rozczarowani, że Pandora – księżyc, gdzie toczy się filmowy konflikt – naprawdę nie istnieje.

Przypomnę, że akcja filmu Camerona przenosi widzów w przyszłość, do roku 2154. Wystarczyło, żeby w modzie wróciły futurologiczne klimaty. I oto mamy współczesny galaktyczny trend. Nie są to jednak wyłącznie inspiracje latami 60. Teraz w kosmicznym stylu miksują się dawne pomysły z nowoczesnymi technologiami i współczesną fascynacją erotyką.

Słyszę głosy, że wróciło stare mini. Proszę nie dać się temu zwieść! Pierwsze miniówy spod znaku Mary Quant to habity w porównaniu z tym, co lansuje się obecnie. Teraz krótkie kiecki kończą się przy – pardon – pachwinie. Do tego obciskają brzuch, pupę i kawałeczek ud. Dziewczyna w takie coś ubrana i tak pozostaje rozebrana.

To nie krótkości świadczą o nostalgii obecnej mody za dawnymi snami o kosmosie. Infantylny urok epoki połowy lat 60. przywołują przede wszystkim sztuczne, połyskliwe tworzywa oraz zgeometryzowany krój. Jak kiedyś, pojawiła się „plastic fantastic” – płaszczyki, kurtki, kamizelki, botki z PCV; jak wtedy, rwie oczy ich ostra kolorystyka. Zdarzają się też syntetyki przezroczyste, w których kobieta bądź jej fragmenty wyglądają jak zafoliowane. Z tej oferty kupuję jedynie transparentne sakwy, jak u Prady czy Chanel. Są wielce praktyczne dla kobiet, które w zwyczajnych torbach nie są w stanie niczego znaleźć.

Gwiezdną fascynację sprzed półwiecza przypominają Marc Jacob, Givenchy, Hilfiger, lansując minisukienki w opartowskie wzory. Lagerfeld i Fendi sięgają po ikony – proponują skafandry a la Barbarella. Ale prawdziwą królową zamierzchłej przyszłości jest Brigitte Bardot. Ta stworzona nie tyle przez Boga, ile przez Rogera Vadima gwiazda, cudownie zgrabna i swobodna, prezentowała w latach 60. styl kosmiczno-erotyczny. Mieszanka dla mieszkanki galaktyk i dla dziewczyny ze starej, wyuzdanej Europy. Nieodzowny element stylu BB to boty sięgające połowy ud oraz kiecka odsłaniająca jak najwięcej jej wdzięków. I co? Znów projektanci optują za muszkieterkami sięgającymi wysoko za kolana, dopełnionymi sukienką, której nie ma. Do tego kaskada włosów, mocny makijaż a la BB., francuski seksapil i technologia na poziomie Hongkongu. Wypada jeszcze rozejrzeć się za rakietą, i fruu! na podbój Małego Księcia z jednej z gwiazd.