Część ekonomistów twierdzi, że żadnego kryzysu u nas nie było – bo przecież nie było najbardziej typowych jego przejawów, a więc spadającej produkcji, gwałtownie rosnącego bezrobocia, masowo bankrutujących firm. Inna grupa mówi, że owszem, kryzys był, ale minął, zanim w ogóle zdążyliśmy go zauważyć.
No bo rzeczywiście, półtora roku temu wszystko razem wcale nie wyglądało wesoło. W pierwszych miesiącach roku 2009 gwałtownie spadły polski eksport i produkcja przemysłowa, załamały się inwestycje firm. Na to nałożyło się drastyczne osłabienie złotego, kłopoty kredytobiorców, pogłoski o masowej ruinie polskich firm z powodu spekulacji opcjami walutowymi.
Ale na szczęście, zanim zdarzyło się coś naprawdę złego, rzeczy wróciły do normy. Bankom nic się nie stało, słaby złoty pomógł przemysłowi pokonać gwałtowną, ale krótkotrwałą recesję, bezrobocie wyhamowało, inwestycje infrastrukturalne finansowane głównie z funduszy unijnych zastąpiły niskie inwestycje firm. No to może rzeczywiście kryzys minął nas bokiem i ostaliśmy się jako cudowna zielona wyspa na morzu globalnego kryzysu?
Niestety, należę do trzeciej grupy ekonomistów, która twierdzi, że nie tylko kryzys mieliśmy – ale, co gorsza, nadal po uszy w nim tkwimy. I niech nas nie zwiodą ani przyzwoite wyniki wzrostu PKB, ani umacniający się znów złoty!
Przede wszystkim trzeba sobie powiedzieć jasno – kryzys nie polega ani na spadku produkcji, ani na wzroście bezrobocia, ani na bessie na giełdzie. Kryzysu w ogóle nie da się zdefiniować w kategoriach ściśle ekonomicznych, bo kryzys jest raczej zjawiskiem ze sfery psychologii.