Mamy niejasne komentarze pogubionych analityków rynkowych. Mamy padające w mediach pytania, czy jest to powtórka sytuacji z jesieni 2008, kiedy na rynkach zaczęto już przebąkiwać o całkowitym załamaniu. Mamy szefów państw i rządów odbywających w środku nocy awaryjne telekonferencje. Mamy Chiny, nieukrywające rosnącego zdenerwowania obecną sytuacją. Mamy regularną panikę.

Pytanie o to, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z powtórką z jesieni 2008, wcale nie dziwi. Rynki wpadły wówczas w panikę, mając ku temu bardzo dobre powody. Po upadku banku Lehman Brothers światowe finanse rzeczywiście stanęły na skraju załamania. Udało się je wprawdzie uratować przed katastrofą, ale za straszliwie wysoką cenę. Ponieważ rynek międzybankowy zamarł, rządy najbogatszych krajów świata wpompowały biliony dolarów w system bankowy, po to, by powstrzymać dalszą zarazę i nie dopuścić do dalszych bankructw. Jednocześnie okazało się, że wcale nie rozwiązuje to problemów zakumulowanych w bankach. Część ich aktywów okazała się makulaturą, więc trzeba je było dalej zasilać zastrzykami kapitału. Co więcej, nawet po względnym ustabilizowaniu swojej sytuacji banki nie miały najmniejszej ochoty udzielać kredytów firmom i gospodarstwom domowym, nagle uznając, że są one nadmiernie zadłużone (oczywiście słusznie, choć same banki za to zjawisko odpowiadały). Konsumenci gwałtownie musieli zacisnąć pasa, by spłacać raty kredytów  i nie stracić swoich domów, firmy musiały zrezygnować z inwestycji i szukać kredytu. Efektem musiała stać się ostra, globalna recesja.

Pomiędzy sytuacją z jesieni 2008 r. i sytuacją obecną jest sporo podobieństw, ale są również zasadnicze różnice. Przede wszystkim, tak naprawdę to nic dramatycznego w ciągu ostatnich tygodni się nie stało. Niekorzystny raport Standard & Poor's o sytuacji finansowej rządu amerykańskiego (i obniżenie ratingu) w gruncie rzeczy nie wnosił nic nowego, bo o sytuacji tej wszyscy doskonale wiedzieli. Perspektywy gospodarcze USA, a w ślad za tym świata nie wyglądają najlepiej, ale żadna groźba niewypłacalności oczywiście nie istnieje. Podobnie zresztą jak – czasowo przynajmniej – zniknęła groźba niewypłacalności Włoch i Hiszpanii od czasu, gdy Europejski Bank Centralny zaczął skupywać ich obligacje (innymi słowy, drukować euro na pokrycie ich zobowiązań). Światowym finansom nic więc bezpośrednio nie zagraża. Nie wydaje się też, aby mimo spodziewanego spowolnienia wzrostu, może nawet znacznego, groziła nam globalna recesja. Obecne załamanie nastrojów daje się wprawdzie  sensownie wytłumaczyć ogólnym wzrostem pesymizmu, ale nastroje paniki wydają się przesadne.

Można oczywiście zadawać sobie pytanie, dlaczego analitycy rynkowi byli na tyle ślepi, że kilka dni temu nie zauważali czarnych chmur zbierających się nad gospodarką USA, zamiast tego bez przerwy paplając o marginalnych problemach, np. Grecji (proszę nie oskarżać ekonomistów – myśmy od dawna ostrzegali). To wiele mówi o racjonalności zachowań rynków  i o jakości analiz rynkowych. Ale nie zmienia to dwóch faktów. Po pierwsze tego, że kłopoty musiały nadejść. I po drugie tego, że obecna fala paniki jest przesadna.

Autor jest profesorem i głównym ekonomistą PwC