Grecja i Irlandia mogą mieć poważne problemy z powrotem na rynki finansowe.

W wywiadzie udzielonym „Rz" (z 2 – 3 maja 2011 r.) Klaus Regling, szef Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, który ratuje bankrutów za pieniądze strefy euro, zdecydowanie odrzucił takie sugestie. Jego zdaniem restrukturyzację wymuszają bankierzy, którzy zainkasują wysokie prowizje za jej zorganizowanie.

W tym akurat może mieć rację. Tak samo jak tzw. spekulanci parli do bankructwa Grecji, Irlandii czy ostatnio Portugalii. Ale ta normalna chęć zarobienia nie oznacza, że nie było podstaw do przeceny długu tych krajów. Gra bankierów na restrukturyzację Grecji, a w przyszłości może nawet Irlandii, też ma więc podstawy. Mówią o nich ekonomiści.

Ten argument szef EFSF zbywa stwierdzeniem, że akurat ci ekonomiści się mylą, bo nie doceniają skali reform w Grecji. I że skoro trzy poważne instytucje – MFW, Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny – mówią, że Grecja da radę, to znaczy, że tak będzie. Bo przecież zatrudniają więcej ekonomistów niż jakakolwiek inna instytucja.

Ale prawda leży chyba gdzie indziej. Można założyć, że eksperci tych instytucji dobrze identyfikują ryzyko. A wypowiedzi takie jak Klausa Reglinga, Oli Rehna, komisarza UE ds. gospodarczych, czy Jeana-Claude'a Tricheta, szefa EBC, są wyrazem rozsądku: nie nakręcania kolejnych spekulacji.

I tak traktuje je rynek: jako zaklinanie rzeczywistości. Bo widać co się dzieje – restrukturyzacja długu greckiego faktycznie już się dokonuje poprzez wydłużenie terminu spłaty obligacji i obniżenie oprocentowania o 100 pkt bazowych. A minister finansów tego kraju mówi, że chciałby kolejnego przesunięcia terminu spłaty. Podobny postulat płynie z Irlandii.

Tych krajów po prostu nie stać na powrót na rynek finansowy. Skala zadłużenia jest zbyt duża. Warunki pakietów pomocowych zmuszają je do radykalnych cięć. Można w teorii zalecać, by redukcja wydatków dotyczyła dziedzin niewpływających na wzrost gospodarczy, ale przy takich oszczędnościach jest to trudne, co zresztą już widać w gorszej od prognoz dynamice PKB. Oba kraje prawdopodobnie przez lata nie wygenerują dochodów umożliwiających normalną obsługę zobowiązań.

Można więc albo głośno powiedzieć o restrukturyzacji i jej dokonać, albo łagodzić warunki spłaty. Różnica będzie taka, że w tym pierwszym przypadku banki zaangażowane w tych krajach poniosłyby straty i widać byłoby, kto prowadził ryzykowną politykę. Bez tej operacji rządy, jak dotąd, będą po cichu ratować swoje banki poprzez pożyczki dla Grecji, Irlandii czy Portugalii.