Reklama
Rozwiń
Reklama

Eurohisteria

Publikacja: 10.06.2011 03:23

Stosunek polskich mediów do Euro 2012 ulega systematycznym wahaniom przypominającym kształtem sinusoidę. Zaczęło się od wszechogarniającego entuzjazmu. Kiedy tylko przyznano organizację Polsce i Ukrainie, media ogłosiły, że w grę wchodzi „cywilizacyjny skok", który w cudowny sposób zmodernizuje Polskę i zapewni lata – jeśli nie dekady – wspaniałej koniunktury gospodarczej.

Potem jednak nastrój uległ diametralnej zmianie. Zgodnie z doniesieniami nie było żadnych szans na zbudowanie na czas nawet stadionów – o drogach, lotniskach i kolejach już nie wspominając. Szczyty pesymizmu osiągnęli specjaliści oznajmiający, że według ich wyliczeń w Warszawie nie da się wywieźć gruzów pozostałych po Stadionie Dziesięciolecia, więc o budowie czegokolwiek nowego w to miejsce lepiej w ogóle zapomnieć. Z kolei w Gdańsku barierą nie do przejścia miało być kilkuset działkowiczów. Według powszechnie wyrażanych prognoz UEFA po prostu odbierze nam organizację mistrzostw, przekazując ją Niemcom lub Włochom.

Jednak gdzieś w ciągu roku 2008 barometr nastrojów odnotował ponownie radykalną zmianę. Ruszyły prace nad stadionami, wreszcie zaczęły powstawać drogi i lotniska, tkwiący w korkach kierowcy w końcu mogli z zadowoleniem stwierdzić, że idzie ku lepszemu. Na zamówienie spółki organizującej Euro powstał nawet raport mówiący o miliardach euro wzrostu PKB, które przyniesie nam impreza (papier jest cierpliwy).

Po tym okresie narodowej dumy nastąpiło ponownie gwałtowne załamanie nastrojów. Chińczycy, którzy przebili konkurentów ceną zaoferowaną za budowę autostrad, uznali chyba, że nadszedł czas jej renegocjacji, i wstrzymali prace (stała zagrywka w przetargach publicznych). Jednocześnie budowniczowie Stadionu Narodowego coś spaprali ze schodami, więc termin oddania do użytku tego skarbu przesunął się o kilka miesięcy. Znów wybuchła panika: nic się nie uda, będzie skandal i narodowa hańba, przyjdzie nam zapaść się pod ziemię ze wstydu.

Moja propozycja jest dość prosta: skończmy z wygadywaniem bzdur. Euro w Polsce oczywiście się odbędzie, choć stadiony zostaną oddane do użytku z opóźnieniami, a części inwestycji nie da się zrobić na czas. Kibice oczywiście tak czy owak utkną w korkach i pełznących powoli pociągach, zapamiętają też pewnie spory bałagan.

Reklama
Reklama

Nie będzie żadnej narodowej katastrofy – ale nie będzie też żadnego wydumanego „skoku cywilizacyjnego". I być nie może, bo zgodnie z analizami globalnej firmy doradczej PwC wielkie imprezy sportowe same z siebie nie zastępują normalnej, solidnej pracy na rzecz rozwoju, dają korzystne wyniki gospodarcze tylko wtedy, gdy są dobrze wpisane w wieloletnie plany rozwojowe i superstarannie przygotowane od strony organizacyjnej oraz finansowej.

Czy wobec tego Euro 2012 w ogóle nam się opłaci? Jednak chyba tak, dlatego że bez niego inwestycje infrastrukturalne byłyby zapewne jeszcze bardziej opóźnione. Jeśli nawet okaże się, że autostrada Łódź – Warszawa zostanie oddana do użytku pół roku po terminie, to i tak będzie to pewnie o kilka lat wcześniej, niż gdyby mistrzostw nie było.

Nie ulegajmy histerii w sprawie stanu przygotowań i skutków ekonomicznych Euro 2012 ani w czasach euforii, ani w czasach pesymizmu. Bardziej się bójmy tego, żebyśmy nie musieli zapaść się pod ziemię, oglądając występy naszej reprezentacji piłkarskiej (być może wykorzystując w tym celu leje po rozgrzebanej linii metra).

Autor jest profesorem, głównym ekonomistą PwC

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama