Podstawowym celem działalności Narodowego Banku Polskiego jest utrzymanie stabilnego poziomu cen – zapisano w ustawie o NBP. Od kilkunastu lat dbanie o stabilność cenową to zresztą jedno z głównych zadań wielu banków centralnych na świecie, choć nie  jedyne.

Kryzys postawił jednak przed władzami pieniężnymi nowe wyzwania. I sprowokował w kręgach akademickich debatę, czy rola banków centralnych nie była dotąd zbyt wąsko określona. Niektóre wnioski już są wprowadzane w życie.

Zmiany po kryzysach

Rewolucje w funkcjonowaniu banków centralnych i w przeszłości bywały wymuszane przez kryzysy. W czasach gdy obowiązywał system walutowy z Bretton Woods, banki centralne dbały głównie o utrzymanie sztywnego kursu swoich walut wobec dolara amerykańskiego, który był wymienialny na złoto. System ten upadł na początku lat 70.

To oraz stagflacja (niskie tempo wzrostu gospodarczego połączone z wysoką inflacją) skłoniło niektóre banki do zmiany celów. Niektóre z nich, np. niemiecki Bundesbank, zdecydowały się na kontrolowanie przyrostu ilości pieniądza, co okazało się skuteczne w dławieniu inflacji w tamtym okresie. Podejście to do dziś zresztą znajduje pewne odzwierciedlenie w strategii Europejskiego Banku Centralnego odwołującego się do tradycji Bundesbanku.

Wiele innych banków centralnych nadal jednak utrzymywało sztywne kursy swoich walut. W ten sposób importowały one dezinflacyjną politykę głównych banków świata. W Azji Południowo-Wschodniej podejście to dominowało aż do kryzysu z końca lat 90. Dopiero on zmusił tamtejsze instytucje do dbania o stabilność cen na własną rękę.

W tym czasie jednak, w związku z dynamicznym rozwojem sektora finansowego, związki pomiędzy ilością pieniądza a inflacją stawały się coraz luźniejsze. Z tego powodu wiele banków centralnych w latach 90. uznało, że ich głównym zadaniem powinno być po prostu zapobieganie deflacji lub nadmiernej inflacji. Dziś około 30 banków centralnych prowadzi politykę bezpośredniego celu inflacyjnego, w ramach której określają pożądany poziom inflacji i próbują do niego sprowadzić rzeczywistą dynamikę cen konsumpcyjnych. Nawet dla instytucji, które tej strategii nie stosują, troska o stabilność cen też jest na ogół priorytetem.

Usypiająca globalizacja

Od tej zasady są wyjątki. Jednym z najważniejszych jest potrójny mandat amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed). Zobowiązuje on ją do dbania nie tylko o stabilność cen, ale też o maksymalny poziom zatrudnienia i o umiarkowane długoterminowe stopy procentowe. Wszystkie cele są uznawane za równorzędne. Choć więc Fed na początku 2012 r. przyjął oficjalny cel inflacyjny, teoretycznie może przejściowo tolerować podwyższoną inflację, jeśli np. uzna to za warunek poprawy koniunktury na rynku pracy. W trakcie kryzysu finansowego tak sformułowany mandat dał Fed dużą swobodę, pozwalając na łagodzenie polityki pieniężnej niekonwencjonalnymi metodami. Na ogół jednak banki centralne mogą realizować inne zadania tylko pod warunkiem, że nie sprzeniewierzą się głównemu, czyli dbaniu o stabilność cen.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Ach te magazyny"

Silniki boomu pracują pełną parą - rynek będzie rósł z uwagi na dalszy rozwój logistyki i e-commerce

OGLĄDAJ RELACJĘ

Jak zauważyli w głośnej publikacji „Rethinking Macroeconomic Policy" z 2010 r. trzej ekonomiści Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w tym główny Olivier Blanchard, skupienie banków centralnych na poziomie inflacji opiera się na założeniu, że stabilność cenowa gwarantuje stabilność gospodarczą w szerszym sensie. Wskazywali jednak, że kryzys rzucił cień na tę konstrukcję myślową.  Kilkanaście poprzedzających go lat rzeczywiście było na Zachodzie okresem niskiej inflacji. W dużej mierze był to efekt globalizacji – przenoszenia produkcji do krajów o niskich kosztach pracy, co utrzymywało w ryzach ceny wielu produktów. To uśpiło czujność władz pieniężnych, przez co zignorowały one nadmierny wzrost cen nieruchomości oraz zadłużenia gospodarstw domowych w niektórych krajach.

Szersza perspektywa

W maju ub.r. na łamach „Project Syndicate" Jeffrey Frankel, wykładowca na Harvardzie i członek komitetu datowania cykli koniunkturalnych w Amerykańskim Biurze Badań Ekonomicznych (NBER), wprost ocenił, że strategia bezpośredniego celu inflacyjnego zawiodła i powinna zostać zastąpiona nową. Ekonomiści z MFW nie szli tak daleko. Ocenili jedynie, że autorzy polityki pieniężnej powinni poświęcać więcej uwagi wzrostowi cen aktywów, nawet jeśli nie przekłada się on od razu na wzrost inflacji.

30 mniej więcej tyle banków centralnych na świecie prowadzi politykę bezpośredniego celu inflacyjnego

Blanchard sugerował też, że konwencjonalną politykę pieniężną powinien uzupełnić nadzór makroostrożnościowy, czyli dbanie o stabilność systemu finansowego jako całości, co przełożyłoby się na szybsze wykrywanie narastających nierównowag. Te rekomendacje już są stosowane w prak- tyce.

Przykładowo w strukturach Banku Anglii (BoE) obok Komitetu Polityki Pieniężnej (odpowiednika polskiej Rady Polityki Pieniężnej) powołano Komitet ds. Polityki Finansowej. Rolą tego gremium na razie jest wykrywanie i ograniczanie zagrożeń dla stabilności systemu finansowego. Docelowo jednak do obowiązków BoE powróci nadzór nad bankami, którym od 1998 r. zajmował się utworzony wówczas Urząd ds. Usług Finansowych (FSA). Brytyjskie władze uznały jednak, że skoro podczas kryzysu stabilizowanie sektora bankowego i tak spada na barki banku centralnego, pełniącego rolę kredytodawcy ostatniej instancji, to także on powinien zajmować się zapobieganiem takim kryzysom. Także EBC ma pełnić rolę głównego nadzorcy dużych, transgranicznych banków strefy euro.

Z kolei w Japonii nowy premier Shinzo Abe chciałby przyznać tamtejszemu bankowi centralnemu szerszy mandat, podobny do tego, jaki ma Fed. Zdaniem Abego obecny mandat Banku Japonii nie daje mu powodów, aby działał tak zdecydowanie, jak trzeba, aby wyciągnąć Kraj Kwitnącej Wiśni z wieloletniej stagnacji.

Ale rozbudowany mandat banku centralnego też bywa krytykowany. Jeśli nie jest on sformułowany za pomocą konkretnego, wyrażonego liczbowo celu, działania instytucji mogą wydawać się nieprzejrzyste. Aby uwolnić się od tego rodzaju zarzutów, Fed w grudniu ogłosił, jaki poziom stopy bezrobocia oraz inflacji uzna za właściwy, aby zaostrzyć politykę pieniężną.

Czy i jak zmieniać

Choć ekonomiści co do zasady zgadzają się, że polityka pieniężna nie ma bezpośredniego wpływu na zmienne ze sfery realnej, czyli np. stopę bezrobocia lub tempo wzrostu gospodarczego, niektórzy uważają, że podwójny mandat Fed może realizować w sposób przejrzysty i przewidywalny, jeśli będzie dążył do utrzymania stałego nominalnego tempa wzrostu PKB. Taki cel wymagałby bowiem dopuszczania przejściowo wyższej inflacji w okresie, gdy tempo rozwoju gospodarki jest niskie (czyli poziom zatrudnienia zbyt mały). Niektórzy wskazują na możliwość wprowadzenia strategii, zgodnie z którą bank centralny dążyłby do określonego poziomu cen, w tym aktywów, a nawet powrotu do kontrolowania przyrostu podaży pieniądza lub usztywnienia kursów walutowych. Jak dotąd żadna z tych propozycji nie zyskała szerszego poparcia ekonomistów głównego nurtu i banków centralnych.

Jednym z powodów jest to, że nawet wąski mandat, sprowadzający się do dbania o stabilność cen, nadal daje szerokie pole manewru. Na przykład EBC, który formalnie nie prowadzi polityki bezpośredniego celu inflacyjnego, ale stara się utrzymywać inflację nieco poniżej 2 proc., w ostatnich latach prowadził skup obligacji skarbowych zadłużonych państw eurolandu. Jak tłumaczył, miało to na celu ograniczenie różnic w rentowności obligacji poszczególnych państw eurolandu, bo zaburzają one mechanizmy transmisji polityki pieniężnej. Bank Anglii, choć ma wyznaczony cel inflacyjny (2 proc.), w ostatnich latach prowadził program ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej (QE), czyli skupu aktywów za wykreowane pieniądze, równie zdecydowanie co Fed ze swoim szerokim mandatem. Nawet gdy inflacja sięgała 5 proc. Tłumaczył wtedy, że QE jest potrzebne, aby oddalić zagrożenie deflacją w nieco dalszej perspektywie.

Zresztą zachowanie inflacji jako głównego obiektu troski banków centralnych nadal ma licznych zwolenników, w tym tak wpływowych jak John B. Taylor, ekonomista z Uniwersytetu Princeton. Według niego Fed, dążąc do zwiększenia zatrudnienia na dłuższą metę, osiąga na ogół efekty przeciwne do zamierzonych. Przykładem może być ostatni kryzys. Zdaniem Taylora był on skutkiem zbyt luźnej polityki pieniężnej w USA w latach 2003–2005, motywowanej właśnie dekoniunkturą na rynku pracy. Skutkiem kryzysu jest jednak jeszcze wyższe bezrobocie. Tymczasem koncentracja Fedu na stabilności cen w latach 80. i 90. zapewniła USA bezprecedensowo niski poziom bezrobocia.  Wbrew ocenie Frankela, wygląda na to, że debata na temat najważniejszych celów polityki pieniężnej szybko się nie zakończy. A do tego czasu banki centralne będą nadal postrzegane głównie jako strażnicy stabilności cen.