W dyskusji o polskiej infrastrukturze i inwestycjach w najbliższych latach padają wielkie kwoty. Rząd wskazuje, że tylko inwestycje w transformację energetyczną i infrastrukturę to bilion złotych w ciągu dekady. To trafny szacunek?

Kwota biliona złotych to w rzeczywistości bardzo ostrożny szacunek. Patrząc szerzej na rynek budowlany i analizy Związku Banków Polskich dotyczące zapotrzebowania płynnościowo-inwestycyjnego w perspektywie najbliższych 13–15 lat, mówimy o kwocie sięgającej aż 4 bln zł. Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że duże inwestycje stanowią zazwyczaj od 40 do 50 proc. wartości całego rynku budowlanego. Oznacza to, że do 2040 r. zrealizujemy w Polsce duże projekty transportowe, energetyczne i związane z transformacją przemysłu o wartości około 2 bln zł. Sam Orlen zakłada inwestycje na poziomie 380 mld zł. Przy takiej skali dotychczasowe wyzwania, takie jak waloryzacja kontraktów, powoli przestają być największym zmartwieniem branży.

Co w takim razie staje się jej głównym wyzwaniem?

Największym wyzwaniem jest zbudowanie i utrzymanie odpowiedniego, realnego potencjału wykonawczego, który pozwoli przełożyć rządowe plany na konkretne działania. W Polsce i w Unii Europejskiej przyzwyczailiśmy się do tworzenia ogromnej liczby papierowych strategii transformacyjnych. Dzisiejsza sytuacja międzynarodowa zmusza nas jednak do refleksji i przejścia od papierowych deklaracji do rzeczywistych działań. Żadna strategia polityczna nie zostanie zrealizowana, jeśli budownictwo fizycznie nie wykona zaplanowanych inwestycji. Droga, elektrownia czy linia kolejowa nie powstają same. Budują je konkretne firmy, ludzie, sprzęt i kapitał.

Wskazuje pan na konieczność posiadania realnego potencjału. Czy to oznacza, że na polskim rynku wciąż mamy problem z nieprzygotowanymi wykonawcami?

Musimy bezwzględnie wyeliminować zjawisko tzw. Letterbox Companies, czyli firm bez zaplecza. Rozmawiałem o tym niedawno podczas posiedzenia zarządu Europejskiej Federacji Przemysłu Budowlanego (FIEC). Przez lata system przymykał oko na podmioty bez własnego potencjału kadrowego i sprzętowego. Wygrywały one przetargi, sprzątając je sprzed nosa uczciwym firmom, a później nie potrafiły zrealizować kontraktów. Polska była tu poligonem doświadczalnym. Pamiętamy problemy z wykonawcami z Azji, a ostatnio także z turecką firmą na drodze ekspresowej, gdzie GDDKiA próbowała wyegzekwować jej powrót na budowę. Potencjał budowlany to konkretni ludzie i sprzęt, a nie wirtualne deklaracje. Szczególnie dzisiaj przy tak dużej skali inwestycji Polska potrzebuje sprawdzonych partnerów.

Czy zapotrzebowanie kadrowe przy wielkich projektach infrastrukturalnych można precyzyjnie przeliczyć?

Tak, jest ono w pełni policzalne. Przy dużych inwestycjach infrastrukturalnych przyjmuje się, że na jednego pracownika generalnego wykonawcy przypada roczny przerób o wartości od 800 tys. do 1 mln zł. Przy kontrakcie wartym 500 mln zł dzielimy tę kwotę przez milion i otrzymujemy liczbę pracowników potrzebnych generalnemu wykonawcy. W przypadku podwykonawców przelicznik wynosi około 300–400 tys. zł rocznego przerobu na osobę. Oznacza to zapotrzebowanie na kadry od 2,5 do 3 razy większe niż po stronie generalnego wykonawcy.

Dlaczego środowisko budowlane tak mocno naciska na długofalowe planowanie inwestycji przez państwo?

Budownictwo nie działa jak sklep Żabka, do którego idziemy po masło w sobotę o 22.30, gdy nagle zorientujemy się, że go zabrakło. Rynek budowlany potrzebuje znacznie dłuższego horyzontu planowania niż pół roku czy rok. Pozyskanie i wykształcenie inżyniera trwa kilka lat. Ponadto coraz częściej realizujemy inwestycje wymagające bardzo specjalistycznego sprzętu. Czas oczekiwania na wyprodukowanie specjalistycznego pociągu do układania torów czy podbijarki torowej wynosi nawet trzy lata. W Europie jest w zasadzie tylko jeden główny producent takich urządzeń – austriacka firma Plasser & Theurer. Aby menedżer zdecydował się zaciągnąć wielomilionowy kredyt na zakup sprzętu i rozwój kadr, musi mieć pewność, że plany inwestycyjne pozostaną stabilne. Analizuje to dokładnie tak samo, jak człowiek, który bierze kredyt na dom.

Jakie błędy w zarządzaniu zamówieniami publicznymi uważa pan za najgroźniejsze?

Musimy za wszelką cenę uniknąć dwóch skrajnych scenariuszy: głębokich dołków inwestycyjnych oraz nagłego spiętrzenia wszystkich przetargów w jednym czasie. Z dołkiem inwestycyjnym mieliśmy do czynienia już parę razy na przestrzeni 25 lat, a do tego należy również zaliczyć ostatnie 2,5 roku. Obserwowaliśmy wówczas spadki produkcji budowlanej sięgające 7–8 proc., co niszczy potencjał branży. Jeżeli po takim okresie flauty nagle wszystkie inwestycje ruszą jednocześnie, pojawią się braki kadrowe, dyktat cenowy i gwałtowny wzrost cen materiałów, takich jak stal, cement czy tworzywa. Dlatego postulujemy powołanie silniejszego ośrodka rządowej koordynacji: pełnomocnika premiera w KPRM lub osobnego ministra ds. inwestycji. Taki człowiek czy instytucja mogłaby połączyć dziś rozproszone plany wojska, infrastruktury i energetyki.

A jakie jest dziś rzeczywiste znaczenie sektora budowlanego dla polskiej gospodarki i rynku pracy?

Wartość rynku budowlanego w 2026 r. szacowana jest na 420 mld zł. Sektor budowlany generuje co dziesiątą złotówkę polskiego PKB i daje pracę blisko 1,5 mln osób. Oznacza to, że zatrudniony jest w nim co dziesiąty lub dwunasty pracujący Polak, spośród 16–17 mln osób aktywnych zawodowo. Musimy zadać sobie pytanie: czy inwestycje mają być pasem transmisyjnym, za pośrednictwem którego kapitał wypływa za granicę, czy instrumentem budowania zamożności w kraju? Niezależnie od struktury akcjonariatu firm kluczowe jest to, czy płacą one podatki w Polsce, zatrudniają ludzi na miejscu i budują krajowy łańcuch dostaw. Świadomość potrzeby rozwijania własnego potencjału gospodarczego jest dziś wyraźnie większa.

Ale znaczenie dla kraju ma również bezpieczeństwo kluczowych inwestycji w Polsce, Port Polska, Atom po projekty wojskowe. To wszystko są strategiczne inwestycje dla Polski, dlatego tak ważne jest, kto je wybuduje. Polskie firmy chcą budować krajowe bezpieczeństwo i być partnerem dla państwa.

Czy realizacja flagowych projektów, takich jak Port Polska czy elektrownia jądrowa, faktycznie pozwoli polskim firmom zdobyć kompetencje potrzebne potem np. do ekspansji zagranicznej?

Zdecydowanie tak. Żadna firma nie zbuduje międzynarodowej pozycji bez silnej bazy na własnym rynku. Polskie przedsiębiorstwa już uczestniczą w wielkich projektach zagranicznych. Jeśli przy budowie pierwszej polskiej elektrowni jądrowej, której uruchomienie planowane jest na lata 2036–2038, oraz CPK pozwolimy rozwinąć się krajowemu potencjałowi, nasze przedsiębiorstwa będą mogły wejść do wysokomarżowego europejskiego łańcucha dostaw związanego z renesansem energetyki jądrowej. Będzie to oznaczało również podatki płacone w Polsce.

Automatyzacja i sztuczna inteligencja doprowadzą do redukcji zatrudnienia także w budownictwie?

Budownictwo w niewielkim stopniu odczuje zastępowanie ludzi przez algorytmy. Wdrażamy zaawansowane maszyny, na przykład autonomiczne walce wykorzystywane przy budowie dróg, ale ktoś musi je zaprogramować, dostarczyć na budowę i serwisować. Cyfryzacja stworzy nowe specjalizacje, jednak ludzie pracujący bezpośrednio na budowach nadal będą niezbędni.

A czy w obliczu wyzwań demograficznych branża liczy na masową imigrację zarobkową?

Masowa migracja zarobkowa z odległych państw trzecich nie jest naszym kluczowym wyzwaniem. Praca na budowie jest trudna, dynamiczna i niebezpieczna. Wymaga sprawnej komunikacji, zwłaszcza w sytuacjach zagrożenia. Dla polskiego budownictwa znacznie ważniejsze od pozyskiwania pracowników z zagranicy są edukacja oraz wsparcie krajowego szkolnictwa zawodowego i technicznego.

Skoro waloryzacja już nie jest głównym problemem, to może są nim regulacje prawne czy procedury?

Wbrew narzekaniom, które często słyszymy w kraju, Polska jest w Europie postrzegana jako wzór sprawności w przygotowywaniu inwestycji. W ciągu 15 lat nasza infrastruktura przeszła jakościowy skok i pod wieloma względami wyprzedziła rozwiązania stosowane w państwach starej Unii. Czesi odblokowali swój paraliż inwestycyjny dopiero wtedy, gdy przyjechali do Polski i skopiowali nasze rozwiązania prawne na zasadzie „kopiuj-wklej”. Widać to choćby na odcinkach infrastruktury przy granicy. Powierzenie mi kierowania obszarem deregulacji w FIEC wynika właśnie z uznania dla polskich doświadczeń.

W ostatnim wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” prezes Budimexu zapowiadał chęć wejścia w projekty PPP oraz inwestycje typu dual-use. To nowy trend w branży?

Średnie wynagrodzenie w budownictwie to dziś 2500 euro, czyli o 10 proc. więcej niż średnia w całej gospodarce. Wyczerpaliśmy więc rezerwy taniej siły roboczej. Musimy szukać efektywności w lepszym planowaniu i inwestycjach choćby w partnerstwie publiczno-prywatnym (PPP). Z kolei koncepcja dual-use pozwala realizować cele cywilne i obronne w ramach jednego budżetu. Przykładem jest Park Centralny w Grodzisku Mazowieckim: na powierzchni znajdują się zieleń i infrastruktura retencyjna, a pod ziemią parking, który może pełnić funkcję schronu dla 2 tys. osób. To właściwie przykład koncepcji triple-use.

Jaka jest najważniejsza wiadomość, którą branża chce przekazać politykom i zamawiającym przed nadchodzącym Kongresem Budownictwa Polskiego?

Nasz główny komunikat jest prosty: jesteśmy gotowi współuczestniczyć w realizacji strategicznych inwestycji w Polsce i brać za nie pełną odpowiedzialność. Chcemy przejść od roli wykonawców do roli partnera państwa, który współodpowiada za rozwój i bezpieczeństwo kraju. Najważniejsze są wspólne zrozumienie potrzeb, zaufanie i zagwarantowanie stabilnego rynku na wiele lat.