Według Wyższego Urzędu Górniczego w kopalni zapewne nastąpił nagły wypływ metanu. Po jego zapaleniu doszło do wybuchu. Dlatego jest tyle ofiar. WUG powołał komisję, która ustali, co dokładnie działo się tysiąc metrów pod ziemią kilka godzin przed wybuchem gazu.
Górnicy pracujący na nocnej zmianie w czwartek mówią „Rz”, że od kilku dni przed katastrofą w ścianie V wielokrotnie czujniki rejestrowały wysoki poziom metanu i odcinały prąd. Działo się tak, bo po wybraniu węgla przez kombajn ściana nie chciała się zawalić i w komorach gromadziła się niebezpieczna ilość gazu. Wtedy przewietrzano chodnik, poziom metanu opadał, ludzie wracali do pracy.
W czwartek takich alarmów miało być nawet pięć. – Ale górników już nie wyprowadzano, bo kończono ścianę i robota szła na wariata – mówi osoba znająca kulisy sprawy.
Inni górnicy mówią, że kluczowe było zbagatelizowanie przez dozór kopalniany nagromadzenia się gazu w komorach między nocną a ranną zmianą. Nocna zmiana, która zjechała na dół o godz. 20, szychtę skończyła po godz. 4. Dzienna zmiana zaczynała pracę dopiero ok. 6.30. – Gaz znów zebrał się w komorach, stężenie musiało być wysokie, służby wentylacji być może nie zadziałały jak należy – mówi jeden z górników.
Donald Tusk zażądał wyjaśnień od władz kopalni, dlaczego – co ujawnił TVN – zawiadomiły pogotowie ratunkowe dopiero 40 minut po zapaleniu metanu. Jak tłumaczył wczoraj rzecznik Katowickiego Holdingu Węglowego, do którego kopalnia należy, skala tragedii nie od razu była znana. Poza tym na powierzchni cały czas była kopalniana karetka z trzema lekarzami i żaden z górników nie musiał czekać na pomoc.