Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Lotniczych (IATA) szacuje, że branża lotnicza traci dziennie ok. 200 mln dol. tylko z tytułu utraconych przychodów. Do tego przewoźnicy będą musieli dołączyć straty związane z utrzymaniem maszyn w portach, w których zostały one uziemione, oraz koszty pomocy pasażerom, których loty się nie odbyły. Polskie Linie Lotnicze LOT odwołały wszystkie rejsy do poniedziałku do godz. 14.
Powodem zamknięcia przestrzeni powietrznej jest wybuch wulkanu na Islandii i rozprzestrzenienie się w atmosferze pyłu wulkanicznego, który ogranicza widoczność i może zakłócić pracę silników samolotów.
Dziennie na polskich lotniskach wykonywanych jest ok. 700 startów i lądowań. W piątek odbyło się zaledwie kilka operacji – w Krakowie i Rzeszowie. W weekend do Polski nie przyleciał żaden samolot – wyjątkiem było kilka maszyn rządowych delegacji, które przybyły na uroczystości żałobne i pogrzebowe pary prezydenckiej.
Straty zaczynają liczyć porty lotnicze, które pobierają opłaty za każdy przyjęty samolot i każdego odprawionego pasażera. Jak podaje Eurocontrol, unijna agencja zarządzająca europejskim niebem, w sobotę odbyło się w Europie zaledwie 5 tys. z zaplanowanych 22 tys. lotów. W piątek zamiast 28 tys. operacji, służby kontroli ruchu dokonały 10,4 tys. Zakaz lotów obowiązywał nad północną, zachodnią i centralną Europą. Otwarte było niebo nad Hiszpanią, Bałkanami, południowymi Włochami, Bułgarią, Grecją i Turcją.
– Dziennie obsługujemy ok. 100 startów i lądowań, straty idą w dziesiątki tysięcy złotych – mówi Tomasz Kloskowski, wiceprezes gdańskiego lotniska.